Reklama

Zew Cthulhu, czyli wejście w świat Lovecrafta | SensBook #2

Zew Cthulhu, książka Zew Cthulhu, opowiadania Zew Cthulhu, Vesper Zew Cthulhu, recenzja Zew Cthulhu

Wreszcie zaufałem licznym rekomendacjom i tak też w ręce wpadł mi zbiór opowiadań pod tytułem Zew Cthulhu wydawnictwa Vesper. 

Czy kiedykolwiek zwlekaliście z zabraniem się za cokolwiek, bo wydawało Wam się, że się na tym czymś zawiedziecie? Ja niestety miałem tak z twórczością Howarda Phillipsa Lovecrafta, na którą wpadałem regularnie, ale której nigdy nie zgłębiłem z myślą o lekturze.

Jak wspominałem już w początkowym ogłoszeniu serii SensBook, poniższy tekst nie jest swoistą recenzją, a czymś w rodzaju przekonania Was, że warto sięgnąć po dane dzieło. W tym przypadku zwłaszcza, kiedy tak jak ja, nie mieliście wcześniej do czynienia z literackimi poczynaniami Lovecrafta.

Widoczne na zdjęciach wydanie Zew Cthulhu jest bowiem zbiorem pięciu opowiadań, które mają za zadanie tylko i wyłącznie wprowadzić nas nieco w przepastny świat tej twórczości i jednoznacznie przekonać, czy to na pewno lektura dla nas.

Swoją podróż rozpoczynamy dwoma perełkami, a mianowicie opowiadaniami pod tytułem Zew Cthulhu oraz Widmo nad Innsmouth. Nie mogę sobie wyobrazić, czy znalazłyby się inne przykłady dzieł rozpisanych na prawie 120 stronach, które lepiej wprowadziłyby nas w tak zwaną “Mitologię Cthulhu”. Głębiny okazują się bowiem mroczniejsze i bardziej przepastne, niż może nam się wydawać, a z takimi dziełami jest już tak, że lepiej poznawać je samodzielnie, dlatego też więcej nie zdradzę. 

Jednak ten Wielki Przedwieczny, choć zdecydowanie najczęściej wiązany z twórczością Lovecrafta, jest tylko wierzchołkiem góry lodowej, która zaczyna przytłaczać nas w trzech kolejnych opowiadaniach:

  • Szepczący w ciemności
  • Zgroza w Dunwich
  • Kolor z innego wszechświata

Z tej trójki zdecydowanie najbardziej niepokojąca jest historia o mieścinie Dunwich i pewnym dziwnym chłopcu, podczas gdy pozostałe przybliżają nam bezmiar wszechświata, w który Lovecraft zdecydowanie celuje. A czym nasz gatunek jest w tym bezmiarze? Odpowiedź na to dostajemy w pośredni, ale trudny do niezauważenia sposób.

Zanim przejdę do zarzutów i bardziej “technicznych” kwestii, nie mogę pominąć fenomenalnego dodatku na sam koniec autorstwa Mateusza Kopacza. Tak jak wspominałem wcześniej, docenią go zwłaszcza ci, którym nie było po drodze z Lovecraftem.

Na kilkunastu stronach poznajemy bowiem legendarny wręcz status autora z pierwszej połowy XX wieku, którego twórczość i sama osoba jest owiana licznymi niedopowiedzeniami oraz tajemnicami, co beznamiętnie wykorzystują jego mniej lub bardziej praworządni “posłowie”. Podczas czytania tych fragmentów miałem wrażenie, że zgromadzeni wokół twórczości Lovecrafta, formują swojego rodzaju “sektę”, jak użytkownicy Linuxów, Maców, systemów iOS, czy Thermomixa. Wiecie – takie coś czuje się dopiero wtedy, kiedy “jest się tego częścią”.

Zew Cthulhu z innej strony

Powyżej rozprawiałem raczej nie na temat samej książki Zew Cthulhu, a tego, jakim świetnym kluczem może być do przepastnego uniwersum. Warto więc ocenić samo wydanie, którego okładka jest zdecydowanie klimatyczna i nawet pozwala sobie na małą zabawę poprzez podkreślenie Przedwiecznego mieniącym się w świetle drukiem. Do materiałów i wykonania też trudno się doczepić, choć redakcyjnie… 

Nawet jak na jedno słowo "wogle" i tak kole w oczy.
Nawet jak na jedno słowo “wogle” i tak kole w oczy.

Mam jednak jeden zarzut co do tego wydania – dobór opowiadań. Jako wejście do świata takie połączenie pięciu dzieł jest dobre, ale pod kątem samego “czytadła” trudno nie odnieść wrażenia, że każde z nich zostało napisane praktycznie kalką.

Jest w nich bowiem przewidywalny z czasem podział na początkowe przybliżanie problemu, jego eksplorację przez pierwszoplanowego bohatera, pobieżne zgłębienie tematu i nagłe urwanie historii bez najważniejszych wyjaśnień. Jeśli więc chcecie sięgnąć po Zew Cthulhu – przygotujcie się na zakup kolejnych opowiadań, bo w tej książce dostajemy tylko dosyć pokraczne wprowadzenie. Jednak czy to w ogóle minus?