Jak tegoroczna Godzilla ma się do klasyki z Japonii? Czy Hollywood wreszcie dojrzało do zaprezentowania światu swojej wersji majestatycznej bestii i jesteśmy świadkami narodzin nowego trendu filmów z gigantycznymi behemotami?

Na powrót „Króla Potworów” wielu fanów, zwłaszcza tych co wychowali się w epoce kaset VHS i wypożyczalni video, oczekiwało od dawna. Ostatnia amerykańska wersja, ta z 1998 roku, wzbudza co najwyżej politowanie dla osób, które to coś stworzyły, zatem porządnej nie-japońskiej historii z Godzillą brakowało w kinach od dawna. Kiedy do zainteresowanych widzów dobiegła informacja, że Twórcy chcą się wzorować bezpośrednio na japońskim pierwowzorze, wszyscy w pewien sposób odetchnęli z ulgą. Zaś pozytywne opinie ze strony samego studia Toho, odpowiedzialnego za klasyczne historie z wielkim potworem, nastrajały optymistycznie i sprawiły, że wiele osób z niecierpliwością oczekiwało dnia premiery. Czy było warto?

Fabułę filmu rozpoczyna seria obrazów, przedstawiająca w skrócie pierwsze spotkania ludzkości z Godzillą. Właściwym zalążkiem historii są wydarzenia z roku 1999, kiedy to naukowcy w czynnej kopalni odkrywają skamieniałe szczątki jakiegoś potężnego stworzenia. Problemem staje się fakt, że wykopy i odwierty obudziły tam coś, co było uśpione od lat. Jednocześnie, w elektrowni atomowej w Japonii dochodzi do tragedii. Czy te wydarzenia są ze sobą połączone? Jak wpłyną one na losy rodziny Joe Brody’ego – pracownika elektrowni – w 1999 roku i w przyszłości? Tego będziecie musieli się dowiedzieć w kinie.

_KF11693.dng

Tempo fabuły jest średnio dobrze rozłożone. Zaczyna się świetnie, napięcie narasta, tylko w pewnym momencie widz dochodzi do punktu, w którym zaczyna się zastanawiać, czy to aby na pewno jest „Kaiju movie”, a nie rodzinny dramat. Wzorem amerykańskiej klasyki filmów katastroficznych, całość akcji jesteśmy zmuszeni oglądać przez pryzmat zmartwień i długich spojrzeń w dal głównego bohatera, a także jego młodej żony. Przez to, w wielu momentach film nuży, a zanim akcja dotarła do finałowej bitwy potworów, ta nie daje już takiej satysfakcji. Dużym plusem przedstawionej historii jest fakt, że jako całość oddaje ona w miarę klimat klasycznych filmów z Królem Potworów. Sam zamysł na układ fabuły jest dobry, tylko za mało w tym wszystkim tytułowej postaci a za dużo rodzinnych dramatów. Doliczyć należy do tego liczne głupoty scenariusza, tak więc idąc do kina trzeba być odpornym na nieścisłości.

Aktorstwo, mówiąc krótko – niestety nie prezentuje najwyższych lotów. Ken Watanabe rzeczywiście starał się ile tylko mógł, chyba jego dr Serizawa wypadł najlepiej. Zaraz obok postawić należałoby Elizabeth Olsen, która wcielała się w Elle. Można narzekać na rodzinne dramaty ale jedna ze słynnych sióstr pokazała tu, że potrafi grać: nadała swojej bohaterce jakiś sensowny charakter i jej emocje, bezradność i przerażenie było autentycznie widać. Aaron Taylor-Johnson, wcielający się w Forda Brody’ego, to kiepski aktor jednej miny. Jego bohater nie był ani wiarygodny ani nie wzbudzał jakichkolwiek emocji. Tak uwielbiany przez fanów Breaking Bad Bryan Cranston, który wcielił się tutaj w Joe – moim zdaniem nie ma się czym pochwalić po występie w Godzilli. Najprawdopodobniej to wina źle napisanej postaci, o dość sztampowych cechach charakteru.

Godzilla_Bryan-Cranston_and_Aaron-Johnson

Efekty za to, rzeczywiście powalają. Sam Godzilla robi wrażenie i widać, że spece od efektów wizualnych dopracowali tego potwora do perfekcji. Przypomina bardzo klasyczny wygląd i za to należy się pochwała producentom. Gorzej ma się bestia, z którą przyjdzie się Królowi Potworów mierzyć – jest jakaś taka szara, ma bardzo ogólnie nakreślone kształty i na pewno nie osiąga tego poziomu szczegółowości i dopracowania jak Kaiju z Pacific Rim. Cała reszta filmu – wybuchy, rozwalone miasto – wygląda i prezentuje się dobrze. Nie zauważyłem żadnych błędów technicznych, może praca kamery momentami była trochę zbyt szybka, nastawiona na to, by widz nie miał nigdy całego oglądu sytuacji. Widziałem wersję 2D, więc na temat 3D nie mogę się wypowiedzieć.

Muzyka, jako taka, nie rzuciła się za bardzo w uszy. Pamiętam jeden kawałek który w jakimś momencie seansu zwrócił moją uwagę. Efekty dźwiękowe za to, były niesamowite! Ryk Godzilli przeraża, to po prostu trzeba usłyszeć w kinie! Jednocześnie, udało się za pomocą modulowania tego dźwięku w jakiś sposób oddać emocje tej bestii, jego zwycięski ryk to co innego niż np. głos bólu.

Podsumowując, Godzilla – jako kino nurtu „Kajiu movie” – trochę zawodzi. Przede wszystkim jest za mało samego „Króla Potworów”. Do tego, błędy scenariusza są czasem żałosne, lecz można część z nich wybaczyć, gdyż cała fabuła w miarę utrzymuje klasyczną konstrukcję znaną z dawnych produkcji Toho. Problemem Twórców było to, że z prostego konceptu filmu o bijących się potworach, próbowali zrobić dramat ludzi wokół. Godzilla, w przeciwieństwie do dobrze pomyślanego Pacific Rim, udawała coś czym nie jest i nigdy nie będzie. Aktorstwo jest raczej dość słabe, za to efekty dźwiękowe i wizualne oczywiście powalają. Jeśli ktoś nie ma lepszych propozycji, bądź kocha dawne filmy z Godzillą, to może się wybrać, żeby choć na tę jedną chwilę poczuć się znów jak tamten dzieciak, oglądający filmy o potworach na VHS. Ocena, chyba trochę naciągana sentymentem do „Króla Potworów”, 7/10.

Kolejny artykuł znajdziesz poniżej