Gry planszowe dla dwojga – pięć przyjemnych i prostych pozycji

Kwarantanna zapewniła nam nie tylko niepokój i strach, ale też całą masę wolnego czasu. Może więc wyłączycie Netflixa, czy YouTube i wykorzystacie go na małe rendez-vous z grami planszowymi? 

Będąc zamkniętymi w czterech ścianach z rodziną, czy drugą połówką, sposobów na spędzanie wolnego czasu jest więcej, niż możecie przypuszczać. Sam kultywuję prostą zasadę łączenia przyjemnego z pożytecznym, a jeśli wspólne czytanie nie jest Waszym cup of tea (że aż posłużę się angielskim frazeologizmem), to może w gust wpadnie Wam możliwość ruszenia głowy w stricte rozrywkowym wydaniu?

Poniżej znajdziecie pięć prostych, ale przyjemnych gier planszowych, które świetnie sprawdzają się w parach, choć oczywiście umożliwiają też zabawę w większym gronie. 

Pięć gier planszowych dla dwojga

Patchwork

Szczerze? To coś, na co nigdy nie zwróciłbym uwagi, ale co na szczęście wpadło mi w ręce. W Patchworku zasady są proste, bo wraz z partnerem w grze dbamy o swoje własne “kocyki”, które “szyjemy” z rozrzuconych dookoła planszy części. Brzmi to prosto i nudno, ale uwierzcie mi na słowo – wciąga i jestem w stanie powiedzieć, że nieustannie zachęca do siebie nawet po kilkudziesięciu rozgrywkach.

Jedynym minusem tej gry (szukanym na siłę) jest to, że jak na tak prostą grę, Patchwork wymaga trochę miejsca, bo jakoś wszystko musimy rozłożyć i w ciągu zabawy zadbać o swój “kocyk”. Co mnie zachwyciło? Niski próg wejścia, poznawanie mechanik gry wraz z każdą kolejną rozgrywką, losowość i w pewnym stopniu nacisk na planowanie. Jedyny wymóg? Rozwinięta wyobraźnia przestrzenna – jeśli jej nie macie, to… przynajmniej ją poćwiczycie.

Fantastyczne Światy

Równie banalna gra, co poprzednia, ale z tą różnicą, że sprowadza się tylko do kart. Dokładniej mówiąc, 53 kart, które służą nawet sześciu graczom. Ba! W polskim wydaniu gry na pudełku znajdziemy informacje, że gra nie jest przystosowana dla pary, ale uważam to za zwyczajny błąd, bo w rzeczywistości, to we dwójkę gra się świetnie. Należy tylko pamiętać, żeby zmodyfikować nieco zasady i kończyć grę po wyłożeniu “na środek” 15, a może nawet i 20 kart.

Cała zabawa sprowadza się do dobierania kart i tworzenia z nich możliwie najlepiej punktowanego zestawu. Na dłoni możemy mieć maksymalnie siedem i dlatego właśnie nieodzowną mechaniką jest “wykładanie” niechcianych kart na środek tak, że każdy gracz je widzi. Mało tego! Każdy gracz może zabrać sobie kartę, którą my akurat odrzuciliśmy, więc nawet pod tym kątem musimy być czujni, żeby przypadkowo nie dopełnić komuś zabójczego kombosa. 

Najemnicy – w teorii jedna, a w praktyce trzy gry

O ile wcześniejsze pozycje miały niewiele negatywnej interakcji, to w Najemnikach… oj dla Waszych znajomości może to być test nie do przejścia. I tutaj główną rolę grają karty, a tych jest całe mnóstwo, bo aż 157 w każdym wydaniu. Głównie gra się 120 kartami, z których tworzy się w swojej “gildii” cechy, czyli po prostu rzędy tych samych rodzajów postaci, ale w pięciu innych kolorach. Kiedy uda nam się dobić do pięciu, możemy wymienić je na punkty zwycięstwa.

Samo tworzenie gildii do prostych jednak nie należy, o co dba nie tylko losowość, ale też przeciwnik, mogący z łatwością mieszać w naszym szyku. Zabawa w dwójkę? Wyśmienita, bo unikamy dzięki temu okropnego momentu, kiedy wszyscy rzucają się z pazurami na prowadzącego gracza.

Największy minus? Spore zapotrzebowanie na miejsce, ale wynagradza to złożenie, możliwość kombinowania i ciekawa mechanika, w ramach to której im więcej kart mamy danego cechu w gildii, tym umiejętności zagrywanych postaci są mocniejsze. Dodatkowo świetne jest to, że możemy wpływać na formę gry (po prostu usuwając dane karty z talii). 

Warto jeszcze rozwiać wątpliwość co do tego, jak Najemnicy funkcjonują pod kątem zestawów. Chociaż do zabawy wystarczy nam tylko jeden zestaw (np. z podtytułem Parszywa Drużyna, Nieświęte Przymierze oraz Magią i Mieczem), to możemy dowolnie je łączyć (mieszając ze sobą karty). Uważałbym jednak na liczbę kart postaci, bo przy 360 może nam się zakręcić w głowie. Osobiście polecam z kolei połączenie Magii i Miecza wraz z Parszywą Drużyną. 

Karmaka

To gra planszowa, która broni się samym wyglądem i choć daleki jestem od oceniania książki po okładce (choć sam robię to często), to artyzmu tchniętego w tę propozycję nie można pominąć. Co tu dużo mówić – to po prostu takie mini-dzieło sztuki zamknięte w pudełku. Zrozumiecie mnie w momencie, kiedy podczas gry po prostu będziecie wgapiać się w grafiki.

Same zasady są proste, a ta najważniejsza brzmi: nie czyń partnerowi tego, co tobie niemiłe. Karmaka ma bowiem w nazwie “karmę” nie bez przyczyny, ale odkrycie tego “dlaczego” zostawię już Wam. 

Podczas rozgrywki staramy się z kolei osiągnąć najwyższy poziom wcielenia na Karmicznej Drabinie, zagrywając karty tak, aby nie tylko zdobyć wystarczająco dużo punktów, ale też zabezpieczyć się w “przyszłych wcieleniach”. Jak tego dokonacie? To już Wasza sprawa. Poziom interakcji? Spory i choć każdy sobie rzepkę skrobie, to przeciwnikowi możemy nie tylko przeszkadzać, ale też pomagać. 

Buuu!

To miejsce było zarezerwowane dla Łowców Kryształów, ale w tej polecajce chciałem utrzymać możliwie najniższy próg wejścia i wskazać te gry planszowe, w których pod kątem emocji działo się najwięcej. Z ogrywanych ostatnio tytułów okazało się, że to jednak Buuu! dostarcza ich więcej, niż pragmatyczne planowanie w Łowcach – oto więc gra, w której straszymy!

Chociaż gra jest ewidentnie skierowana do młodszego odbiorcy, to przecież każdy z nas chciałby się czasem poczuć, jak dziecko, czyż nie? Możemy więc sobie łatwo to zagwarantować, konkurując w tym, kto szybciej odnajdzie drogę do celu (ofiary ducha). Ma to więc coś z labiryntu, ale takiego, w którym liczy się czas. Jeśli uważacie, że głupio to brzmi, to macie racje. Gwarantuje jednak, że w duecie zabawy w Buuu! jest co niemiara. 

Cechy wspólne? Nie tylko świetna zabawa!

W opisie powyższych gier nie siliłem się na wchodzenie w najmniejsze szczegóły, bo powyższe pozycje mają w sobie wiele wspólnego. To oczywiste, że bardzo dobrze spisują się w parach, ale (pomijając Patchworka) zapewnią też godną rozrywkę dla przynajmniej czterech graczy. 

Nie są też trudne. Ich opanowanie zajmie Wam maksymalnie kilkanaście minut, a ich złożoność sprawia, że nawet będąc zmęczonymi, chętnie po nie sięgnięcie. Wszystko przez sam proces rozkładania każdej z nich, bo ten plasuje się poniżej pięciu minut i gwarantuje, że przy tych pozycjach będziecie robić to często, bo po prostu nie nudzą się szybko.