Jak zniszczyć Ziemię w trzech krokach

Jak zniszczyć Ziemię w trzech krokach
Ziemię da się zniszczyć - wystarczą trzy "proste" kroki

Czarne charaktery z filmów o przygodach Jamesa Bonda czy z komiksów o przygodach superbohaterów od zawsze marzyły o zniszczeniu Ziemi. Okazuje się, że wystarczą do tego zaledwie trzy kroki.

Zniszczenie naszej planety nie jest łatwym zadaniem. Można by co prawda stworzyć wirusa zabijającego wszystko, co żywe, zbombardować całą planetę ładunkami jądrowymi czy skonstruować maszynę, która usunie całą atmosferę. Ale we wszystkich tych przypadkach skała, na której stoimy, nadal by pozostała, bez życia krążąc wokół Słońca przez miliardy lat. A co musiałoby się wydarzyć, aby Ziemia faktycznie przestała istnieć?

Krok pierwszy: dokonaj obliczeń

Nasza planeta jest utrzymywana w całości przez własną grawitację. Można myśleć o niej jak o masywnej, skalistej cebuli. Grawitacja wewnętrznego jądra utrzymuje na nim kolejne warstwy. Następnie ich łączne przyciąganie grawitacyjne utrzymuje następną warstwę przyklejoną. Kolejna warstwa przyciąga kolejną, itd. Ten proces powtarza się do momentu, gdy masa Ziemi – całe 5,972 x 1024 kilogramów – przytrzyma Cię w fotelu i przyciągnie cienką atmosferę, by to wszystko zniwelować.

Każdy, kto chce wysadzić Ziemię w powietrze, musi obrać tę „cebulę”, jedną warstwę po drugiej. Trzeba zerwać każdy fragment skały i roztopionej magmy i wysłać w kosmos. Ale to nie wszystko – trzeba się upewnić, że te elementy całkowicie uciekną od grawitacyjnego przyciągania szczątków Ziemi i np. nie utworzą kolejnego księżyca. Albo nie zaczną opadać na nowo formując planetę.

To oznacza, że wszystkim rozczłonkowanym elementom Ziemi trzeba nadać prędkość ucieczki. Jest to minimalna prędkość początkowa, jaką musi mieć obiekt, aby mógł opuścić pole grawitacyjne danego ciała niebieskiego (w tym przypadku szczątków planety). Nie jest to łatwy wyczyn: zazwyczaj używamy gigantycznych rakiet, aby wyrzucić kilka ton ładunku na orbitę i dalej.

Cały ten proces można podsumować równaniem, które określa energię potrzebną do zniszczenia planety – lub „uwolnienia” jej – do jej masy i promienia. Równanie zakłada jednolitą gęstość planety, co pozwala na przybliżone szacunki. Dla Ziemi potrzeba około 10^32 dżuli.

Krok drugi: znajdź odpowiednie źródło energii

Do zniszczenia Ziemi potrzeba bardzo dużo energii. Aby uzmysłowić sobie, jak duża jest to liczba, wystarczy wspomnieć, że przez cały 2013 rok, ludzkość zużyła „zaledwie” 1020 dżuli energii. Tak więc, gdyby ktoś w jakiś sposób przechwycił całą energię produkowaną przez nasze elektrownie jądrowe, zapory wodne, elektrownie węglowe, panele słoneczne i farmy wiatrowe – nie pozostawiając absolutnie nic dla nikogo innego – musiałby czekać trylion lat, aby osiągnąć ilość, o której tutaj mówimy.

Trylion lat do zgromadzenia wystarczającej ilość energii do całkowitego rozerwania Ziemi – to całkiem dużo. W końcu Słońce wypali się za ok. 5 miliardów lat, więc nie będzie potrzeby dłuższego czekania.

Czy energię do zniszczenia Ziemi można by przechwycić ze Słońca? Nasza gwiazda jest duża, jasna i emituje mnóstwo energii. W każdej sekundzie każdego dnia Słońce przetwarza ok. 4 mln ton wodoru, zamieniając go w hel i uwalniając energię w postaci promieniowania. Promieniowanie to ucieka i rozchodzi się w przestrzeni kosmicznej.

Większość promieniowania jest po prostu tracona, ale część trafia na Ziemię, gdzie może zostać wykorzystana. Algi i rośliny nauczyły się tej lekcji miliardy lat temu i wykorzystują tę energię do własnych celów. Wędruje ona w górę łańcucha pokarmowego i ostatecznie trafia do człowieka.

Krok trzeci: czekaj

Jeśli pokrylibyśmy całą powierzchnię Ziemi ogniwami fotowoltaicznymi, pochłaniającymi 100 % całego promieniowania pochodzącego ze Słońca, zgromadzenie odpowiedniej ilości energii zajęłoby nam 18 milionów lat. To z pewnością znaczący krok naprzód w stosunku do trylionów lat potrzebnych do uzyskania energii wytworzonej przez człowieka, ale nadal dość sporo.

Trzeba pamiętać, że Ziemia nie jest w całości pokryta panelami słonecznymi, a poza tym dociera do nas tylko niewielki ułamek energii słonecznej.

No i na szczęście, nie widać w okolicy żadnego Thanosa ani podobnego mu szaleńca, który faktycznie chciałby zniszczyć Ziemię. Na razie możemy spać spokojnie.

Chcesz być na bieżąco z WhatNext? Śledź nas w Google News