Jarosław Grzędowicz znany jest przede wszystkim z genialnego Pana Lodowego Ogrodu, jednak pisarz ma na swoim koncie również zbiory opowiadań i druki w różnych antologiach. Takim zbiorem jest właśnie Azyl, wydany w ubiegłym roku z okazji jubileuszu twórczości i zawierający opowiadania zaginione. Azyl dość długo przeleżał na półce czekając na swoją kolej. W końcu się doczekał. Czy warto było po niego sięgać?

Warto.

Styczność z opowiadaniami Grzędowicza miałam jeszcze zanim przeczytałam Pana Lodowego Ogrodu. Samodzielne zbiory, publikacje w różnych antologiach, historie z gatunku fantasy i science fiction, które w ogólnym rozrachunku nie przypadły mi do gustu. Zdarzały się dobre, ale te słabsze, w moim odczuciu, przeważały. Księga Jesiennych Demonów do tej pory mnie doskonale usypia. Z tego powodu właśnie kupiony zaraz po premierze Azyl tak długo musiał czekać na swoją kolej.

Obrosłe kurzem, dawno zapomniane i zagubione opowiadania zyskały nowe życie dzięki Fabryce Słów chcącej w ten sposób uczcić jubileusz twórczości Jarosława Grzędowicza. Dziewięć różnorodnych opowieści z pogranicza fantasy i science fiction utrzymanych w ciężkiej stylistyce. Gdzieś tam echem odbijają się współczesne ich powstawaniu problemy i realia PRL-u. Ten niezwykły zbiór stanowi studium wczesnej twórczości pisarza, a dzięki komentarzom pozwala zagłębić się w okoliczności ich powstawania. Jest to świetne zagranie. Czyni ono Azyl czymś bliższym, skłaniającym do przemyśleń i nie tak odrealnionym.

Lista Zaginionych.

Azyl dla starych pilotów”, „Ruleta”, „Twierdza Trzech Studni”, „Śmierć szczurołapa”, „Przespać piekło”, „Dom na Krawędzi Światła”, „Enter i jesteś martwy”, „Rozkaz kochać!”, „Chwila przed deszczem”. Każde opowiadanie różne, każde poruszające inną tematykę, dziejące się w innej rzeczywistości, a jednocześnie podobne do siebie i bliskie. Każde z nich wywoływały u mnie różne emocje, a dzięki krótkim notkom od autora po każdym z nich mogłam jeszcze bardziej wczuć się w ich klimat. Nie chcę zdradzać o czym są i pozbawiać Was frajdy z ich poznawania. Przy opowiadaniach nietrudno nawet jednym słowem zdradzić fabułę, a tego nie chcę robić. Chcę zachęcić Was do sięgnięcia po nie i przekonania się, dlaczego jednak warto.

Co jeszcze jest w nich takiego wyjątkowego? Cóż, fanom prozy Grzędowicza Azyl pozwala śledzić jego pierwsze pisarskie kroki (a raczej te, które ukazały się drukiem). Jest to brakujący element w układance jego twórczości i dzięki niemu możemy śledzić ją słowo po słowie. Rozpoczynająca zbiór Lista zaginionych czyli słowa od autora, a także komentarze do każdej historii były dla mnie nie lada zaskoczeniem. Pisarz nie tłumaczy się „A bo wiecie, miałem siedemnaście lat…”, on stwierdza fakt. Miałem lat tyle i tyle, działo się to i to, napisałem więc to tak. I czytając mogłam wyobrazić sobie pewne obrazy znając realia ówczesnej rzeczywistości. Mogłam szukać w opowiadaniach tych okruchów i było to naprawdę świetne czytelnicze przeżycie.

Prywatny Azyl.

Opowiadania w tym zbiorze, wiadomo, są lepsze i gorsze. Jednak w ogólnym rozrachunku nawet nie jestem w stanie powiedzieć, które było słabsze. Każde zrobiło na mnie inne wrażenie. Początkowe słowa od autora zasiały we mnie pewne ziarno niepokoju, dodając zresztą kolejne do kolekcji. Opowiadania Grzędowicza, sci-fi, pisane we wczesnej młodości autora i przestarzałe (jak sam stwierdził). No cóż, ale nie z takimi wyzwaniami się mierzyłam. I nie żałuję. A raczej żałuję, ale tego, że tak późno się za nie wzięłam. Całość miała dla mnie niezwykle prywatny wydźwięk (pewnie przez te komentarze), przez co czytało mi się to lepiej. Chyba nie miałam podejścia tak bardzo krytycznego jak w przypadku innych zbiorów tego pisarza. A może w jakiś sposób do nich dojrzałam? Nie wiem. Wiem jednak, że Azyl gorąco polecam. Do przeczytania od razu całości, albo do sączenia powoli opowiadania po opowiadaniu.

Nie byłabym sobą jakbym nie wspomniała o oprawie graficznej. O tych cudownych ilustracjach przy których na dobrą chwilę się zatrzymywałam i o klimatycznej okładce. Poświęćcie im chwilę, wczujcie się dzięki nim w czytane historie. Warto, naprawdę.

Podsumowując.

Dla fanów i dla rozpoczynających przygodę z twórczości Jarosława Grzędowicza. Może nawet dla każdego, bo czemu nie? Warto czasem sięgnąć po coś, czego na co dzień nie czytamy. I sądzę, że te opowiadania, tak różnorodne w treści i przekazie mogą być do tego idealne. Dajcie się ponieść słowom i skorzystajcie z oferowanego przez autora azylu.

 

Moja ocena – 8,5/10.

Kolejny artykuł znajdziesz poniżej