Nadchodzą mroczne dni dla przedstawicieli Tesli i nie chodzi tutaj o kolejną wpadkę Elona Muska na Twitterze. Przed trzema dniami miał miejsce wypadek, w którym to elektryczny samochód Tesla Model S z 2016 roku praktycznie uwięził kierowcę.

Obecne ustalenia sprowadzają się do tego, że kierowca Model S stracił panowanie nad pojazdem przez przesadzenie z prędkością i po przekroczeniu trzech pasów jezdni uderzył z wysoką prędkością w palmę. Pomimo tego, że poduszki powietrzne zadziałały, po wybuchu nie zaczęły się zmniejszać, a system nie wysunął schowanych klamek w drzwiach. Te w tym samochodzie chowają się w czasie jazdy, aby zapewniać jeszcze lepszą aerodynamikę.

Kilka chwil po uderzeniu Tesla Model S stanął w ogniu z kierowcą w środku, który zmarł albo na wskutek poparzeń, albo tuż po uderzeniu. Funkcjonariusze policji próbowali dostać się do kierowcy, ale wszelkie próby rozbicia szyb pojazdu spełzały na niczym. Sam pożar spowodowały obecne na pokładzie baterie wykorzystujące popularny związek litowo-jonowy. Jeśli więc zostanie uszkodzona, to lit w kontakcie z parą wodną lub wodą może eksplodować albo się zapalić. Tesla nie odmówiła komentarza, oświadczając, że:

Jesteśmy głęboko zasmuceni przez ten wypadek i nasze myśli dotyczą wszystkich dotkniętych tą tragedią. Zwróciliśmy się do władz lokalnych, aby zaoferować naszą współpracę. Rozumiemy, że prędkość jest badana jako czynnik w tym wypadku i wiemy, że kolizje o dużej prędkości mogą spowodować pożar w każdym typie samochodu, a nie tylko w pojazdach elektrycznych.

Czytaj też: Tesla Model 3 ponownie bez rekomendacji od niezależnej instytucji

Źródło: Digitaltrends

Kolejny artykuł znajdziesz poniżej