WRÓĆ DO STRONY
GŁÓWNEJ

Recenzja 4 sezonu Chilling Adventures of Sabrina. Czy finał serialu satysfakcjonuje?

Recenzja 4 sezonu Chilling Adventures of Sabrina. Czy finał serialu satysfakcjonuje?

Na Netfliksie pojawił się finałowy sezon serialu Chilling Adventures of Sabrina. Po raz ostatni więc spotykamy się z Sabriną, nastoletnią czarownicą i jej przyjaciółmi z różnych światów. Czy Roberto Aguirre-Sacasa, twórca serialu, był w stanie dobrze zakończyć serię i usatysfakcjonować fanów? Recenzja zawiera spoilery.

4. sezon Chilling Adventures of Sabrina ma wiele wątków i tak mało czasu

W finale poprzedniej odsłony działo się sporo. Sabrina (Kiernan Shipka) dzięki pętli czasowej zyskała sobowtóra, który zajął jej miejsce w Piekle, a ojciec Blackwood (Richard Coyle), wściekły na swój dawny kowen, który wyrzekł się męskich bóstw uwolnił starożytne siły, które w nowym sezonie zaczynają siać spustoszenie. Już w poprzedniej odsłonie wydarzeń było tyle, że starczyłoby na dwa razy tyle odcinków. Jednak jakoś udało się to sklecić w całkiem satysfakcjonującą część. 4. sezon przynosi nam jeszcze więcej wraz z widmem rychłego końca. Więcej nie zawsze znaczy lepiej i w tym przypadku doskonale to widać.

Od pierwszego odcinka wydarzenia idą bardzo szybko. W Greendale zaczynają się pojawiać Starożytne Koszmary, po jednym na każdy odcinek. Przedwieczne istoty zwiastują nadejście Otchłani, która położy kres wszystkiemu. Oczywiście nasza główna bohaterka i jej przyjaciele stawiają im czoła. Bo przecież to, co w teorii jest niepokonane dla nich to „bułka z masłem”. Jasne, trochę problemów z tym mają, ale nie jakoś bardzo dużo. Dodatkowo, tak jak w poprzednich sezonach, dodano do tego sporo nastoletnich dramatów, choć na szczęście sporo z nich kręci się wokół Sabriny, która jako jedyna z przyjaciół nie ma pary. Umawia się więc na kiepskie randki, jest samotna i usilnie stara się znaleźć w centrum uwagi.

4. sezon Chilling Adventures of Sabrina przynosi nam absolutnie cudowny odcinek, który sprawia, że finałowi serialu możemy wybaczyć bardzo dużo. Sabrina Gwiazda Zaranna przenosi się do innego uniwersum, gdzie jej życie jest serialem telewizyjnym. Tam spotyka swoje ciotki grane przez Caroline Rhea i Beth Broderick czyli aktorki wcielające się w Hildę i Zeldę w oryginalnym serialu z lat 90. Wszystko kradnie Salem, ironiczna gadająca marionetka, której tak nam było brak w nowej Sabrinie.

Czytaj też: Recenzja serialu Obce światy
Czytaj też: Recenzja filmu Mosul – kolejna udana współpraca Netflixa i braci Russo
Czytaj też: Recenzja filmu Bal – ważny temat, gwiazdorska obsada i Ryan Murphy

Twórca kompletnie nie wykorzystał potencjału dwóch Sabrin

Na osiem odcinków, które dostaliśmy zaledwie jeden w całości kręci się wokół tej drugiej, piekielnej Sabriny. A przecież to fajna postać i można było pokazać wiele różnic pomiędzy żyjącymi w dwóch światach bohaterkami. Przez to też nie byliśmy w stanie zaangażować się emocjonalnie w wydarzenia tak, jak powinniśmy. Z pozostałych bohaterów jedynie Rosalind Walker (Jaz Sinclair) dostaje możliwość rozwinięcia, reszta stanowi jedynie romantyczne, bardzo mdłe tło. Widać, że Roberto Aguirre-Sacasa chciał zmieścić w tej odsłonie zbyt wiele i niekoniecznie mu się to udało.

Oprócz koszmarów w każdym odcinku mamy też miłosne trójkąty, śluby, wybory do samorządu uczniowskiego i wiele innych zupełnie niepotrzebnych, denerwujących wątków, bez których ten sezon mógłby się obyć. Są też elementy, które aż się proszą o większe rozwinięcie, ale nie ma na nie czasu. Już od drugiego sezonu widać było, że twórca nie umie zachować równowagi pomiędzy typową nastoletnią dramą, a horrorem z okultystycznymi elementami. Choć Aguirre-Sacasa zapewniał, że od początku serial miał mieć 4. sezony, to zdecydowanie wiele zabrakło, by ta historia mogła być uznana za kompletną i dobrze zakończoną.

Mnogość wątków nie sprzyja dobremu wykorzystaniu postaci. Theo (Lachlan Watson) był do tej pory świetnym reprezentantem osób LGBT+, jednak teraz ma niewiele do roboty prócz romansowania. Również Nick wiele stracił, przestał być już tym zadziornym chłopcem, zmiękł i rozmył się. Na szczęście na ekranie bryluje ciotka Zelda, która kradnie większość scen z jej udziałem pokazując, że oprócz Kiernan Shipki to Miranda Otto jest główną gwiazdą serii.

Czytaj też: Recenzja Death to 2020 – Giń, 2020! marnuje komediowy potencjał ubiegłego roku
Czytaj też: Recenzja filmu Wszyscy moi przyjaciele nie żyją
Czytaj też: Recenzja filmu Chemical Hearts

Teraz musimy poradzić sobie z faktem, że Chilling Adventures of Sabrina już nie wróci

Głównym zarzutem wobec 4. sezonu jest tak krótki format, który nie był w stanie udźwignąć tylu wątków głównych i podocznych. Osiem godzinnych lub prawie godzinnych epizodów to za mało, by pokazać prawdziwą wagę prezentowanych na ekranie wydarzeń. Przez to wszystko wydawało się błahe i właściwie mieliśmy pewność, że w ten czy inny sposób bohaterowie dadzą sobie z nimi radę. Wszystko ratowałby finał, gdyby zadbano o odpowiednią podbudowę emocjonalną. Nie chcę Wam go zdradzać, więc napiszę tylko, że im bliżej końca tym bardziej tego chciałam. I cieszę się, że wybrano właśnie takie zakończenie, bo inne całkowicie zepsułoby serial. Widać jednak, że do samego końca bardzo trudno było twórcom rozstać się z niektórymi postaciami.

Chilling Adventures of Sabrina od początku urzekała fantastyczną scenografią, kostiumami i mrocznym klimatem. Na szczęście do samego końca techniczne aspekty trzymają wysoki poziom, a serial jest fantastycznie klimatyczny i ma świetną muzykę. Szkoda, że nie udało się wyrównać tego z fabułą, bo wówczas oglądanie 4. sezonu byłoby prawdziwą, czasem nieco wstydliwą, przyjemnością. Tymczasem mam nieco mieszane uczucia. Pomimo wad podobało mi się, ale i czuję lekki zawód, bo ta historia zdecydowanie zasługiwała na finał z większą ilością emocji i mniejszym przesytem poważnych wątków, których rozwiązanie przychodzi zbyt łatwo.

Chcesz być na bieżąco z WhatNext? Śledź nas w Google News