WRÓĆ DO STRONY
GŁÓWNEJ
Rozrywka

Krytycy mówią, że nie da się oglądać, a ja się z nimi zgadzam. Recenzja filmu Doktor Dolittle

Doktor Dolittle to postać wielu dzieciom dobrze znana. Rozmawiający ze zwierzętami doktor, który przeżywa najróżniejsze przygody to dobry temat na film familijny. Zwłaszcza patrząc jakie narzędzia mają do dyspozycji twórcy. Jednak oglądając z każdą chwilą zdajemy sobie sprawę, jak wielką pomyłką było nie tylko pójście do kina, ale przede wszystkim stworzenie go. Oto moja recenzja filmu Doktor Dolittle, zapraszam do lektury.

Animowane wprowadzenie do całej historii jest najciekawszym elementem filmu

Wychodząc z sali kinowej doszłam do wniosku, że animacja, która ma nas wprowadzić do historii Doktora Dolittle była jedyny fajnym i ciekawym elementem tej produkcji. Papuga opowiada nam, że doktor miał kiedyś ukochaną, że za zasługi dla brytyjskiej królowej dostał posiadłość, gdzie leczył zwierzęta wykorzystując swój dar. Potem dowiadujemy się o stracie żony i o tym, że Dolittle zamknął drzwi na cztery spusty i odciął się od świata. Właściwy doktor grany przez Roberta Downeya Jr. to zdziwaczały, zarośnięty człowiek wiecznie rozdrapujący przeszłość. Większość rzeczy robią za niego zwierzęta.

Zdjęcie: Universal Pictures

Historia rozpoczyna się w momencie, gdy doktor dowiaduje się o chorobie królowej Wiktorii. Normalnie by to zignorował, ale okazuje się, że nadana posiadłość jest w jego rękach tylko do końca życia władczyni, więc chcąc nie chcąc musi jej pomóc. Oznacza to jednak wyprawę w mityczne miejsce, to samo zresztą, które chciała odnaleźć jego żona i przepłaciła to śmiercią. Dolittle wraz ze zwierzętami i przypadkowym asystentem Tommym Stubbinsem wyrusza w podróż na Rajską Wyspę.

Przygoda goni przygodę, tylko kogo to obchodzi?

Oczywiście, już zwiastuny Doktora Dolittle zapowiadały nam akcję i tego się oczekiwało. Jednak finalny efekt nie porywa i razi sztucznością na kilometr. Choć same przygody, jak na kino familijne, może i są ciekawe, tak ich wydźwięk już mniej. Ciężko jest odczuwać jakiekolwiek emocje, prócz znudzenia. Można się jeszcze pobawić w odnajdywanie nawiązań do różnych filmów, jednak ich nachalność jakoś odbiera frajdę. Scena z Ojca Chrzestnego, czy silna inspiracja Piratami z Karaibów aż kłuje w oczy. Myślałam jeszcze, że całość uratują relacje między bohaterami. Robert Downey Jr. pokazał nam w MCU, że jest w stanie zbudować silną więź z nastolatkiem, który uważa go za swojego idola. W Doktorze Dolittle mamy podobną sytuację. Również tytułowy bohater ma młodego asystenta, który go podziwia. Niestety, między nimi jest tylko wymiana słów, i choć potem jeden drugiego nazywa przyjacielem, to kompletnie nie mamy pojęcia z czego to wynika.

Zdjęcie: Universal Pictures

Styl opowiadania historii opiera się na śmiesznych gagach, których jednak nikt nie umiał sensownie połączyć. Doktor jest tu, zaraz tam, walczy z tygrysem z kompleksem matki, pływa z wielorybami, jeździ na strusiu. No wiecie, on sobie robi różne rzeczy i tyle. Siedzimy w kinie i niewiele nas to obchodzi.

Papierowe postacie w papierowym filmie

Największym problemem filmu Doktora Dolittle są płascy, pozbawienie duszy i charakteru bohaterowie. Począwszy od zwierząt, którym narzucono jakieś role i schematyczne zachowania. Goryl panicznie bojący się wszystkiego śmieszy. Ale tylko na początku. Tygrys z kompleksem mamusi również. Podobnie jest z wiewiórką myślącą, że inwigiluje wrogą grupę, chociaż akurat ona jest śmieszniejsza nieco dłużej.

Zdjęcie: Universal Pictures

Nawet Robert Downey Jr. jest tutaj mdły i jakby zmęczony. Oczekiwałam, że zobaczę go w typowej roli genialnego ekscentryka, ale z charakterem. Mogła to być rola wtórna, ale byłaby jakaś. Niestety wydaje się, że aktor gra, bo gra. Mógłby się postarać bardziej, ale chyba nikt nie wymagał, więc idzie po najmniejszej linii oporu i robi to, co robił w innych filmach, ale gorzej. Podobnie jest z Antonio Banderasem, który wydaje się chcieć jak najszybciej uciec z planu.

I nam też się nie chce. Po prostu nie chce. Jesteśmy znudzeni i chcemy w końcu wyjść za sali.

Oczywiście, rozczarowanie pozostaje. Zebrano bowiem naprawdę świetnych aktorów głosowych, mamy Toma Hollanda, Emmę Thompson, Ramiego Maleka i wielu innych. Sam Downey też jest uwielbiamy przez wielu. Doktor Dolittle to postać znana i lubiana. Film miał więc szansę na bycie dobry popkorniakiem na wyskoczenie z rodziną. Niestety Doktora Dolittle zabił brak duszy i nijakość, która wieje z każdego kąta. W kinie trzyma nas chyba tylko świadomość wydanych pieniędzy, bo sam film nie oferuje niczego, co zachęcałoby do dalszego siedzenia. I wydaje mi się, że najbardziej zabrakło odwagi, by pokazać to inaczej. By wyjść z tych utartych ram i dać nam zaskakującą, wciągającą historię.

Zdjęcie: Universal Pictures

Nie polecam Doktora Dolittle, nie warto.