Do filmów o Transformersach podchodzę sceptycznie. Jeszcze pierwsza część była całkiem fajna, jednak z każdą kolejną odsłoną Michael Bay robił im coraz większą krzywdę. W końcu tego, co tworzył nie dało się już oglądać. Gdy pojawiły się pierwsze zwiastuny Bumblebee od razu było widać różnicę. Poszłam więc do kina przekonać się, czy Travis Knight choć trochę odkupił winy poprzednich części.

Bumblebee jest najlepszym filmem o Transformersach

Travis Knight przywrócił ogromnym robotom duszę, choć wydawało się, że po Ostatnim Rycerzu już na to za późno. Wystarczyło cofnąć się w czasie, oprzeć opowieść nie na masie robotów, a na jednym. I to tym najbardziej uroczym – Bumblebee. Oczywiście, jest on nam dobrze znany z oryginalnej serii, jego swoista nieporadność i niezdarność podbiła serca widzów, więc czemu z tego nie skorzystać? Jednocześnie twórcy odeszli od konwencji epickich bitew robotów. I był to strzał w dziesiątkę.

Akcja rozpoczyna się od wojny między Autobotami i Decpeticonami na Cybertronie. Gdy sprawa wydaje się już przegrana, Optimus Prime wysyła na ziemię B-127, by ten stworzył  im bazę, a także chronił planetę. Żółty Autobot nie został u nas dobrze przyjęty, zadbał o to Agent Burns (John Cena). W efekcie uszkodzony Bumblebee trafia na złomowisko pod postacią żółtego garbusa. Tam właśnie odnajduje go Charlie (Hailee Steinfeld). Dziewczyna ciężko radzi sobie ze stratą ojca, czuje się obco w swoim domu, a jedyną ucieczką jest reperowanie samochodu po tacie. Historia Bumblebee i Charlie rozpoczyna się, gdy dziewczyna odnajduje garbusa na złomowisku. Jest to punkt wyjściowy dla całej ich wspólnej opowieści.

 Recenzja filmu Bumblebee

Świetna opowieść o niecodziennej przyjaźni

I tutaj rodzi się przyjaźń między robotem z kosmosu a zwykłą dziewczyną. Od początku widać, że Bumblebee ma pewne problemy. Gdy przybył na Ziemię za nim podążyła para Decepticonów. W walce, która się miedzy nimi wywiązała Bee został poważnie uszkodzony – stracił pamięć i zdolność mowy. Sceny, gdy Bee chowa się w kącie, czy wykonuje bezradne obronne ruchy potrafią chwycić za serce. Dowiadujemy się też skąd wzięło się jego imię. Z B-127 stał się Bumblebee – Trzmielem. I to nie tylko z powodu żółto-czarnej barwy, ale głównie przez oczy. Ogromne, niebieskie oczy, które wyrażają pewną bezradność i ciepło.

Bumblebee nie jest typowym filmem o walkach gigantycznych robotów. To przede wszystkim fantastycznie zrealizowany film o przyjaźni i poszukiwaniu siebie. W końcu nie tylko stojąca u progu dorosłości Charlie musi znaleźć swoje miejsce. Także Bee musi odzyskać swoje wspomnienia i zmierzyć się z zagrożeniem. Właśnie taka budowa sprawia, że w na pozór straconym uniwersum Transformersów pojawia się życie.

Recenzja filmu Bumblebee

Podróż w czasie

Bumblebee jest swego rodzaju wehikułem czasu do lat 80’. Jest wręcz kopalnią popkulturowych smaczków z tamtego okresu. I wszystko tak dobrze się ze sobą łączy. Począwszy od miejsca akcji – okolice San Francisco, czyli pomiędzy miejscem lądowania E.T. a paczką dzieciaków z Goonies. W ogóle sposób prowadzenia narracji bardzo Spilbergowskiego E.T. przypomina.  Mamy tu do czynienia ze świetną muzyką – The Smiths, Tears for Fears, a także bezpośrednim nawiązaniem do kina. Bumblebee oglądający Klub Winowajców i wykonujący ten charakterystyczny gest z końcówki – to skradło mi serce.

Wiele osób uważało, że odtworzenie świetnego duetu Bumblebee-Witwicky z pierwszych Transformersów będzie niemożliwe. Jednak całość pokazuje, że sympatyczny robot i Charlie stworzyli świetny zespół. To ich relacja napędza cały film, wprowadza niewymuszony humor, a także daje nam chwile wzruszenia. Jest to typ przyjaźni, w której słowa nie są potrzebne. Charlie była potrzebna, by Bee stał się tym Autobotem, którego poznaliśmy w 2007 roku. Ta luźna przygodowa konwencja i sposób narracji sprawia, że nie sposób źle się na Bumblebee bawić.

Recenzja filmu Bumblebee

Czasem coś zgrzyta, ale co z tego?

Oczywiście, najnowsza produkcja Knighta nie jest pozbawiona wad. Przez silne zarysowanie głównych postaci cierpi dalszy plan. Bo kiedy jeszcze John Cena wykazuje się charakterem, a jego postać potrafi myśleć, to reszta postaci jest dosyć płaska i stereotypowa. Choć widać, że scenariusz chciał zrobić z nich coś więcej, po prostu nie wyszło. Jako tako spisuje się jeszcze Memo (Jorge Lendeborg Jr.), ale stanowi on raczej akceptowalne minimum.

Całość nie jest pozbawiona bezsensownych, tendencyjnych scen. Czasem wydawało mi się, że coś pokazywane jest tylko dlatego, że film osadzony jest w latach 80’. Tylko w ogólnym rozrachunku to nie ma zbyt wielkiego znaczenia. Bumblebee jest tak fajnie opowiedzianą, ciepłą historią przygodową, że nie zwraca się uwagi na potknięcia. Hailee Steinfeld sprawuje się tutaj naprawdę dobrze i wygląda na to, że otwiera się przed nią ciekawa przyszłość.

Recenzja filmu Bumblebee

Podsumowując

Polecam. Zarówno dla osób, które chcą pozbyć się koszmaru Michaela Baya, jak i dla tych, którzy przygodę z wielkimi robotami dopiero zaczynają. Dla dorosłych i dla dzieci. Film jest tak skonstruowany, że spokojnie można zaliczyć go do kina familijnego. Jest pozbawiony przesady i tej wymuszonej epickości, jaka zwykle charakteryzuje tego typu produkcje. Ma swoje wady, ale one giną pod wpływem uroku Bumblebee.

Kolejny artykuł znajdziesz poniżej