Reklama

Recenzja gry Ghostwire Tokyo

ghostwire tokyo

Czy Ghostwire Tokyo to produkcja dla każdego? Czy mamy do czynienia z kolejnym specyficznym tytułem z Azji, a może czymś, co stara się otwierać zachodniemu graczowi drzwi na daleki wschód?

Ghostwire Tokyo – co to jest?

Drogi czytelniku, zgaduje, że jeśli kliknąłeś w tę recenzję to zapewne dlatego, że dalej nie do końca jesteś w stanie pojąć, czym jest Ghostwire Tokyo? Nie oszukujmy się, fani japońszczyzny już dawno mają zamówioną wersję deluxe gry i będą w nią grali choćby cały świat wystawiał przeciętne oceny. Za to gracz „zachodni” może być trochę skonfundowany.

Czytaj też: Recenzja Horizon Forbidden West

Nawet materiały wideo nie do końca zdawały się w pełni jasno przedstawiać, czym jest Ghostwire Tokyo? Produkcja jednak przyciąga wzrok już na pewno z tego powodu, że mówimy o tytule, który w końcu jest dostępny na konsolach ekskluzywnie na PlayStation 5 (a do tego tworzonym przez studia Xboxa. Jeśli ten tytuł za rok nie trafi do Xbox Game Pass to się zdziwię.) Produkcje wspierane przez Sony na swoje sprzęty zawsze oferują coś, czego inne gry nie mają. Wielkie budżety, epickie historie, wyciskanie z danej platformy wszystkiego co się da. Już nawet z powodu samego Sony można zwrócić uwagę na tę produkcję.

Czy jednak jest co coś, co trafi do zachodniego gracza? Cóż, Ghostwire Tokyo robi chyba wszystko co się da, aby pozostać japońską grą, która stara się być, jak najbardziej przyjazna graczowi. Brzmi dobrze? Jeśli jesteście tym faktem uspokojeni, to teraz w skrócie czego się spodziewać po rozgrywce – wyobraźcie sobie, że jesteście w jednym z większych miast (jego części, będąc precyzyjnym) i wszyscy wokół znikają, a wokół Was pojawiają się postaci rodem z najmroczniejszych zakamarków danego folkloru. Macie jakiś cel, ale zanim go spełnicie, zapewne natkniecie się w tym mieście na masę ukrytych uliczek, których wcześniej nie widzieliście. Do tego odkryjecie co dzieje się w niektórych miejscach, do których nigdy nie wchodziliście. Jak zapewne się domyślacie – samo zwiedzanie miasta to przygoda sama w sobie. I… mniej więcej takie jest Ghostwire Tokyo – to przewodnik turystyczny z zadaniami głównymi, pobocznymi oraz duchami na dokładkę.

Miasto i jego historia w Ghostwire Tokyo

Jako, że nie jestem fanem spoilerowania fabuł w recenzjach, to i tym razem nie zdradzę Wam szczegółów historii. Wiedźcie jednak, że to co przyszykowano w Ghostwire Tokyo to fabuła dość prosta do zrozumienia, która kręci się wokół tematu zniknięcia tysięcy mieszkańców Tokio. Przed zabawą warto zagrać w darmową visual novelę – Ghostwire Tokyo Preludium, aby mieć pełny obraz świata.

Czytaj też: Najciekawsze premiery gier – marzec 2022

Jest tajemniczo, jest magia, są duchy i wiele historii do opowiedzenia przez grę. Skłamałbym jednak mówiąc, że byłem w pełni zaangażowany w tę przygodę. Gdzieś po około dwóch godzinach zabawy, fabuła staje się bardzo prosta, niezaskakująca (szczególnie, jeśli widzieliście wszystkie zwiastuny) i raczej to nie ona będzie sprawiać, że zapragniecie grać dalej.

Samo jednak zwiedzanie miasta to już inna sprawa! Nie sądziłem, że spacerowanie po Tokio będzie czymś tak fascynującym. Praktycznie na każdym kroku deweloperzy ukryli tutaj dla nas jakąś historię, tajne przejście, pieska do pogłaskania czy znajdźkę do znalezienia. W przeciwieństwie jednak do innych gier oferujących otwarty świat – ukryte przedmioty nie są nudne. Co mam na myśli? W Ghostwire Tokyo nie szukamy pięćdziesięciu tatuażów dla bohatera, a słuchamy lub czytamy o Japonii. Każda znajdźka ma swój opis, który wprowadzi nawet kompletnego laika tego kraju w szczegóły na temat kultury. Jeszcze żadna produkcja nie sprawiła, że tak dobrze udało mi się poznać dany kraj. Mam wrażenie, że twórcy postawili sobie za cel promowanie miasta, bo produkcja jest niemalże przewodnikiem turystycznym.

Co z tą walką w Ghostwire Tokyo?

Zapewne oglądając materiały wideo z gry zauważyliście, że tytuł czasem wygląda trochę… drewnianie. Ruchy postaci zdają się pochodzić z poprzednich generacji konsol, a walka wygląda na nudną. Myślałem, że tutaj gra polegnie, ale wiecie co? Podczas zabawy zupełnie się tego nie czuje!

Rzeczywiście, starcia mogą wyglądać dość specyficznie, ale używanie odpowiednich „tkań” czy posługiwanie się łukiem daje masę zabawy, a nie zapominajmy, że w Ghostwire Tokyo możemy też rozwijać naszego bohatera i poprawiać nasze zdolności.

Technicznie patrząc na Ghostwire Tokyo

Produkcję ogrywałem w wersji PlayStation 5 i to co na pewno mnie zaskoczyło to to, że w grze jest… sześc opcji graficznych. Twórcy tutaj zapewne chcieli po prostu dać wybór graczom, ale trochę kłóci się to z filozofią konsol pt. „wkładasz płytę i grasz”. Sprawdzenie każdego ustawienia graficznego to zawracanie nam niepotrzebnie głowy, a sam polecam wybór opcji nastawionej na zwykłą wydajność. Gramy wtedy w dobrej rozdzielczości i 60 klatkach na sekundę, a stosowany w produkcji ray-tracing nie jest wart poświęcenia 30 klatek.

Czytaj też: Recenzja Gran Turismo 7

Choć twórcy ostrzegają iż „W dniu 22 marca w Ghostwire: Tokyo zostanie wprowadzona aktualizacja zawierająca szereg drobnych poprawek, w szczególności w zakresie tekstów lektorskich, lokalizacji tekstów oraz udoskonalenia funkcjonalności. Nie powinno to w dużym stopniu wpłynąć na czas rozgrywki, niemniej należy wziąć to pod uwagę.” i brzmi to jakbyśmy mieli tutaj jakieś niedoróbki techniczne, to jednak podczas zabawy w tej produkcji nie narzekałem na te kwestię (poza przekombinowanymi ustawieniami grafiki).

Tytuł fantastycznie wykorzystuje kontroler DualSense – głośnik, haptyczne wibracje, adaptacyjne triggery, a nawet przypomniano sobie o touchpadzie! Widać, że było tutaj wsparcie Sony, bo implementacja ich technologii jest na wysokim poziomie.

Podsumowując – otrzymujemy tytuł trochę specyficzny, ale robiący wszystko, aby spodobać się masowemu odbiorcy. Nie odbijecie się od mechanik gry, ale to nie historia będzie stała za ewentualnym sukcesem tej produkcji. To stworzony przez twórców świat wciąga tutaj najbardziej!