WRÓĆ DO STRONY
GŁÓWNEJ
Rozrywka

Recenzja serialu Locke & Key – sezon 1

Locke & Key to najnowsza propozycja z gatunku fantasy od Netflixa. Zwiastuny zapowiadają tajemnicę, odrobinę grozy i świetną przygodę. Czy tak jest w rzeczywistości? Zapraszam do lektury bezspoilerowej recenzji 1.sezonu Locke &  Key.

Pierwszy sezon skupia się na tytułowej rodzinie Locke: matce Ninie (Darby Stanchfield) i trójce jej dzieci – Tylerze  (Connor Jessup), Bode’em (Jackson Robert Scott) i Kinsey (Emilia Jones). Po tragicznej śmierci ojca Rendalla (Bill Heck) rodzina przeprowadza się do jego rodzinnej posiadłości o nazwie Key House. Niewielkie miasteczko ma być szansą na rozpoczęcie nowego życia, co jednak nie jest takie proste. Traumatyczne wspomnienia znacznie utrudniają im zaaklimatyzowanie się w nowym miejscu. Fabuła skupia się przede wszystkim na trójce rodzeństwa, ich problemach i tytułowych magicznych kluczach, których dom jest pełen.

Fabuła rozwija się bardzo szybko, więc ciężko podczas seansu się nudzić. Nie uświadczymy tu długiego przekonywania bohaterów, dumania nad problemami i mozolnego szukania rozwiązań. Jest to zabieg, który w równym stopniu może zniechęcać co przyciągać do Locke & Key. Nie każdemu bowiem pasuje takie tempo. Całość utrzymana jest w klimatach serialu młodzieżowego. Trochę Stranger Things, trochę Umbrella Academy a jeszcze trochę Seria Niefortunnych Zdarzeń. Locke & Key ma w sobie coś z każdego z nich, a jednocześnie jest bardzo świeży i ogląda się go wyjątkowo przyjemnie. Zwłaszcza, że pod płaszczykiem fantastycznych wydarzeń kryją się prawdziwe, poważne problemy. Dzięki temu bardzo łatwo zaangażowałam się w tę opowieść przeżywając wszystko, co dzieje się na ekranie na równi z bohaterami.

Locke & Key świetnie pokazuje nam dwie płaszczyzny tej historii. Napięta i skomplikowana sytuacja rodzinna jest rdzeniem całej historii. Przybycie do Matheson zamiast rozwiązywać problemy jeszcze je potęguje. Rodzina Locke szybko staje się lokalnymi celebrytami, choć u podstaw leży osobista tragedia. Do tego dochodzi jeszcze rodzinne dziedzictwo, tradycja i historia w niepokojącej otoczce Keyhouse. Dziejące się w posiadłości nadprzyrodzone wydarzenia odkrywamy stopniowo, podobnie jak moce kluczy, które są naprawdę niesamowite i niejednoznaczne. Bohaterowie odkrywają, że mogą służyć jednocześnie do zabawy, ale i do skrzywdzenia innych. Sposób, w jaki napisane są postacie sprawia, że wszystko co robią wydaje nam się bardzo wiarygodne. Nawet ich podejście do zdarzeń paranormalnych. Gdybym ja przeżyła to co oni, to w takie klucze uwierzyłabym bez wahania.

Podoba mi się lekkie prowadzenie całej historii. Dzięki temu nie czujemy przesytu lub znudzenia, co przy takiej konwencji dość łatwo osiągnąć. Lekki horror przeplata się z dramatem i momentami o humorystycznym zabarwieniu, choć cały czas czujemy, że Locke & Key skierowany jest do nieco młodszych odbiorców. Nic w tym złego, bo osobiście bawiłam się na nim świetnie. Ale jeśli ktoś szuka produkcji, w której krew leje się strumieniami, to wybaczcie, złe drzwi.

Szybko pochłania nas atmosfera tej mrocznej i tajemniczej posiadłości, którą potęguje cudownie dobrana muzyka. Do tego zaskakująco dobre efekty specjalne, których z odcinka na odcinek jest coraz więcej. Nie są może wybitne, ale na tyle przyzwoite, by przyjemnie się to oglądało. Barwne kadry i świetna scenografia dopełniają tylko obraz i sprawiają, że ciężko oderwać się od serialu zanim się go nie skończy. Najfajniejsze jest jednak to, że choć wydaje nam się, że wszystkie zagadki udało nam się rozwiązać, to nawet w ostatnich minutach okazuje się, że gdzieś tam było coś jeszcze, co mogliśmy przegapić.

Zdecydowanie polecam Locke&Key, zarówno młodszym jak i starszym widzom. Bawiłam się przy nim bardzo dobrze i mam nadzieję, że szybko dostanę kontynuację, bo naprawdę w historię się zaangażowałam. Finał pierwszego sezonu sprawił, że jest na co czekać i pokazał, że ten świat ma nam jeszcze bardzo dużo do zaoferowania.