WRÓĆ DO STRONY
GŁÓWNEJ

Recenzja serialu Ku jezioru – epidemia trochę zbyt znajoma

Recenzja serialu Ku jezioru – epidemia trochę zbyt znajoma

Jaka tematyka serialu może być w obecnych czasach bardziej aktualna niż epidemia tajemniczego wirusa? A jeśli  jeszcze jest to zmutowany wirus grypy to robi się jeszcze ciekawiej. Tylko czy Ku jezioru, rosyjska produkcja, która zawitała na Netfliksa oferuje coś więcej niż tylko nawiązanie do rzeczywistej pandemii? Zapraszam do lektury recenzji.

Historia pod wieloma względami aż zanadto znajoma

Filmy o wszelakich pandemiach w 2020 roku wydają się o wiele bardziej aktualne niż kiedykolwiek. I tak też jest z nowym serialem, który pojawił się na Netfliksie – Ku jezioru opowiadających o ludziach stojących w obliczu nieznanego, śmiertelnego wirusa grypy. Brzmi znajomo? Aż za bardzo, a najciekawsze jest to, że serial emitowano w Rosji jeszcze w ubiegłym roku, więc na długo przed obecną pandemią. Pozostaje więc tylko nadzieja, że dla nas skończy się to o wiele lepiej.

Serial rozpoczyna się w momencie, w którym bohaterowie zbyt późno dowiadują się o tajemniczym wirusie. Moskwa zostaje opanowana przez bardzo szybko zabijającą chorobę. Produkcja opowiada o grupie ludzi, którzy robią wszystko, by przetrwać ten trudny czas. Ich celem jest dotarcie do tytułowego jeziora, bo tam właśnie znajduje się wyspa, która może być dla nich jedynym bezpiecznym miejscem. Moskwa zostaje odgrodzona od reszty Rosji, sieć telefoniczna i internet nie działają, a rodziny są rozdzielone. Żeby uciec, bohaterowie muszą najpierw odnaleźć swoich bliskich, co nie jest łatwe. Groźba zakażenia wirusem, który na zabicie człowieka potrzebuje zaledwie czterech dni uwalnia z nich najgorsze cechy. Nie trzeba długo czekać, by zaczęły się kradzieże, zamieszki i przemoc. Mamy więc mnóstwo czynników, które w każdej chwili mogą przerwać dramatyczną ucieczkę grupy bohaterów, a trzeba do tego dodać jeszcze wyjątkowo mroźną zimę i odcięcie od mediów, bez których, jak się okazuje, przetrwanie jest jeszcze bardziej utrudnione.

Czytaj też: Recenzja filmu Hubie ratuje Halloween – zemsta Sandlera za brak nominacji do Oscara
Czytaj też: Recenzja serialu Nawiedzony dwór w Bly, czyli kolejna część antologii horroru
Czytaj też: Recenzja serialu anime Dragon’s Dogma

Ku jezioru to przede wszystkim bohaterowie

Jak zwykle w takich przypadkach z czasem okazuje się, że to nie przerażająca na początku apokalipsa jest największym zagrożeniem dla człowieka tylko inni ludzie. W momencie, gdy grozi nam śmierć i głód, gdy nie mamy pojęcia co dzieje się z naszymi najbliższymi lub właśnie musieliśmy zamknąć przed nimi drzwi bo byli zarażeni, mogą wyjść z nas najgorsze cechy. Walka o przetrwanie zawsze pełna jest przemocy i krwi. Dodatkowo w czasie takiego kryzysu muszą pojawić się jednostki, które po prostu chcą bezkarnie rabować i zabijać. I właśnie tak wygląda otoczenie, w którym muszą odnaleźć się nasi bohaterowie: Siergiej, jego była żona i dziecko, jego obecna partnerka i jej autystyczny syn, a także jego ojciec (Siergieja). Do grupy dołączają również sąsiedzi Siergieja – rosyjski magnat, jego ciężarna żona i córka alkoholiczka. Nie dość więc, że dookoła szaleje apokalipsa, to jeszcze takie połączenie bohaterów nie zwiastuje pokojowych relacji.

Już pierwszy odcinek wrzuca nas na głęboką wodę przez co naprawdę ciężko oderwać się od ekranu. Moment, w którym widzimy zarażone dziecko odizolowane w szkole i to, w jaki sposób służby sanitarne się z nim obchodzą jest naprawdę przerażający. A nasze uczucia potęguje wręcz namacalny strach na twarzy dziewczynki. Bo tak naprawdę nie dzieje się tam nic strasznego z naszej perspektywy. Jednak dziecko odbiera to zupełnie inaczej.  Ku jezioru oprócz naprawdę ciekawej fabularnej otoczki serwuje świetnie rozrysowanych bohaterów i dynamiczne relacje między nimi. Już wcześniej ich stosunki nie były różowe, a napięta atmosfera i strach tylko je potęgują. Każde z nich jest jak tykająca bomba.

Jest ciekawie i wciągająco

Ku jezioru to bardzo ciekawy serial, któremu trzeba dać szansę głównie z powodu faktu, że jest to produkcja rosyjska. A takowe zwykle kojarzymy ze specyficznym humorem i przesadą, albo po prostu z czymś niewartym zachodu. Jeśli jednak obejrzycie pierwszy odcinek zapewne bardzo szybko zaangażujecie się w historię i losy bohaterów. Tak właśnie było w moim przypadku.

Nie brakuje oczywiście pewnych błędów, zwłaszcza w perspektywie, z której pokazana jest historia, a także w temacie ścieżki dźwiękowej. O wiele bardziej wolałabym usłyszeć utwory rosyjskie pasujące do dramatycznych sytuacji lub bezludnych, dzikich terenów niż przerobione popowe hity rodem z USA. A niestety takowe trochę psują klimat i atmosferę, zwłaszcza w tych kluczowych momentach. Podoba mi się natomiast, że twórcy nie zagłębiają się w politykę czy nacjonalizm. Owszem, działania władz są pokazane jako nadmiernie brutalne, ale ma to uzasadnienie sytuacyjne i nie jest podyktowane sympatiami lub antypatiami twórców. Najważniejsi są tu normalni ludzie i to, jak walczą o przetrwanie w obliczu tak ogromnego zagrożenie. Osiem odcinków trwających 45-55 minut to odpowiedni format na taką historię i pozwala w dużej mierze uniknąć niepotrzebnych wstawek, które często pojawiają się, gdy tych odcinków jest więcej. Oczywiście irytujących elementów nie brakuje, ale spokojnie da się je znieść, bo w ogólnej historii szybko się gubią.

Ku jezioru mogę śmiało polecić, choć osobom, które mają tendencję do panikowania raczej odradzałabym seans, właśnie z powodu tych elementów podobnych do rzeczywistości. Nie są to jakieś wielkie podobieństwa, ale na niektórych i tam mogą źle zadziałać, a po co w obecnych czasach dodatkowo się stresować? A wszystkim innym polecam, warto dać temu serialowi szansę, bo szybko sam Wam pokaże, dlaczego powinniście go obejrzeć.