WRÓĆ DO STRONY
GŁÓWNEJ
Rozrywka

Recenzja serialu Ratched – demoniczna pielęgniarka powraca

Po pierwszym seansie Lotu  nad kukułczym gniazdem siostra Ratched śniła mi się po nocach. Oczywiście od tego czasu minęło wiele lat, ale rola Louise Fletcher na zawsze zapisała się w mojej pamięci. Czy serial Netfliksa będący prequelem kultowego filmu będzie w stanie udźwignąć ciężar legendy? Zapraszam do lektury recenzji.

Ryan Murphy to dość niestabilny twórca. Choć jeśli chodzi o opowieści typowo z gatunku horroru radzi sobie całkiem dobrze. Ma jednak swój wyraźny styl i słusznie obawiałam się, że w przypadku Ratched więcej będzie Murphy’ego niż Lotu  nad kukułczym gniazdem. Oczywiście na pierwszy rzut oka idzie bardzo bogata i żywa paleta barw, która wyraźnie kontrastuje z surową stylistyką filmu
Miloša Formana. Nie jest to minus, ale wyraźna różnica, która nie do końca może każdemu przypaść do gustu. Zwłaszcza, gdy ktoś wcześniej przypominał sobie film. Jednak o tym napiszę szerzej później, najpierw skupmy się na fabule.

Młoda Mildred Ratched (Sarah Paulson) przybywa do Kalifornii pod koniec lat 40. ubiegłego wieku. Jej celem jest praca w szpitalu psychiatrycznym prowadzonym przez doktora Hanovera (Jon Jon Briones) i nadzorowanej przez surową pielęgniarkę Bucket (Judy Davis). Mildred pojawia się nagle i podstępem udaje jej się dołączyć do szpitalnego personelu. Miała już doświadczenie jako pielęgniarka podczas wojny, jednak wkrótce okazuje się, że jej obecność w placówce nie jest przypadkowa i ma bardziej osobiste podłoże, niż mogło się nam wydawać. Oczywiście w tej historii nie brakuje wątków pobocznych, często niezwykle brutalnych i makabrycznych. Jednak w tym wszystkim najważniejsza jest Ratched i przemiany, jakie w głównej bohaterce zachodzą. Szpital psychiatryczny w tamtych czasach to niezbyt przyjemne miejsce, a okrucieństwo nazywane innowacyjnymi metodami leczenia mocno wpływa zarówno na pacjentów jak i na personel. Mildred broni się przed tym, ale bezskutecznie, a my możemy obserwować jak z odcinka na odcinek jest w niej coraz mniej człowieczeństwa.

Trzeba pamiętać, że to świat zdominowany przez mężczyzn. Kobiety są tylko pomocą i ich zadanie powinno ograniczać się do służenia i przytakiwania. Jednak ani sama Mildred, jak i inne bohaterki nie są potulnymi panienkami. Jest w nich sporo siły, która pozwala im postawić na swoim i głośno sprzeciwić się, choć na pierwszy rzut oka nikt by ich o takie zachowanie nie podejrzewał. Oczywiście, jest to typowo feministyczny aspekt tej historii, jednak bardzo podoba mi się to, jak Murphy go wprowadza i kontynuuje. Zwłaszcza, że w obliczu tak wielu dobrze skonstruowanych i zagranych postaci jest to bardzo niewymuszone i nienachalne. Oglądając Ratched rzuca się w oczy naprawdę interesująca obsada. Pierwsze skrzypce gra, oczywiście, Paulson, która świetnie wczuła się w odgrywaną postać. Nie jest to znana z Lotu  nad kukułczym gniazdem bohaterka, ale już na tym etapie można w niej odnaleźć wiele delikatnych, narzucanych nam podobieństw. Nie jest również postacią jednoznaczną. Scenariusz napisany jest tak, byśmy znaleźli sporo momentów, w których z jednej strony nienawidzimy Mildred, ale z drugiej ciężko jej nie współczuć. Mimika, gesty, sposób mówienia i ten spokój, który we mnie wciąż wzbudzał niepokój, a nawet i grozę. Również doktor Hanover jest intrygującą postacią, a wątek poboczny, który dotyczy właśnie jego był chyba najciekawszym w całym sezonie. Oczywiście nie każdy radzi sobie tak dobrze, wiele zawodu sprawiła mi Sharon Stone, która wciela się w Lenore. Wszystko co robi jest jakieś takie sztuczne i kompletnie nie działało na mnie podczas seansu. Jest to jednak wina nie samej aktorki, a scenariusza, który zepchnął na bok tę postać. I to się czuje, bo nie jest ona tak dopracowana i przemyślana jak inne.

W Ratched, co widać było już w zwiastunach, dostajemy sporo makabrycznych i wstrząsających scen. Niektóre działają bardzo dobrze, inne już mniej, bo czuć, że wprowadzano je jakby na siłę. Przemoc seksualna, nadużycia i okropności, jakie dzieją się za zamkniętymi drzwiami szpitala psychiatrycznego potrafią nami wstrząsnąć, zwłaszcza, gdy uczestniczy w nich główna bohaterka. To jednak jest zasługą tylko i wyłącznie Paulson, bo kiedy na pierwszy plan wysuwa się ktoś inny, czar przestaje działać. Podczas oglądania często miałam wrażenie, że Murphy porzucił gdzieś chęć zagłębienia się w postać na rzecz pokazania tych wszystkich strasznych rzeczy dookoła. Poskutkowało to może i świetną kreacją aktorską, ale fatalnym spłaszczeniem postaci Ratched. Decyzje, które twórca podjął pokazują, że nie do końca zrozumiał, kim demoniczna siostra jest, ani co powinien ze sobą nieść ten serial. Przedstawiane traumy z dzieciństwa, traumy z dorosłości pokazują nam raczej jak bohaterka stara się je tłumić, a nie jak wpływają one na jej teraźniejszość. A sama Mildred często zdaje się być tym, kogo wymaga scena, niż bohaterką z krwi i kości. Na szczęście jest chociaż bardzo dobrze zagrana. Wiecie, to nie jest tak, że oglądając widzimy tylko błędy i uchybienia. Taka konkluzja przychodzi do nas dopiero po seansie, chyba, że wcześniej go przerwiemy.

Sam serial ciężko mi jednoznacznie ocenić. Wiele w nim przesady, choć większość kierunków wizualnych bardzo mi się podobała. Jeśli fabuła tego wymagała przemoc również miała odpowiedni wydźwięk, choć tak jak już wspomniałam, czasem była ona niepotrzebna. W Ratched ciężko jest odnaleźć Lot nad kukułczym gniazdem. Więcej w nim z typowego dla Murphy’ego stylu doskonale znanego z American Horror Story. Dla fanów twórcy będzie to zaleta, dla fanów filmu czy powieści – wada. Bo to nie jest Mildred Ratched, którą zagrała dekady temu Louise Fletcher i na zawsze wryła nam się w pamięć. Mildred jest tu tylko banalnym złoczyńcą, który swoje czyny tchórzliwie usprawiedliwia traumami z przeszłości.  To kolejny serial, który chce bazować na kultowym tytule, choć twórca niekoniecznie rozumie jego znaczenie i klimat. Ogólnie, serial nie jest zły. Jest wizualnie naprawdę bardzo ładny, Sarah Paulson gra świetnie, a historia potrafi nieźle wciągnąć. I jeśli nie chcecie się zawieść właśnie tka powinniście Ratched traktować. Nie jako prequel Lotu, tylko może bardziej jako kolejny epizod Amerykańskiego Horroru od Ryana Murphy’ego. Wtedy robi się nam ciekawy serial, z kilkoma wadami, ale dający się obejrzeć.

Chcesz być na bieżąco z WhatNext? Śledź nas w Google News