WRÓĆ DO STRONY
GŁÓWNEJ
Rozrywka

Szaleństwa ciąg dalszy. Recenzja serialu The Umbrella Academy – sezon 2

Na Netflix powrócili niecodzienni bohaterowie z Akademii Umbrella. Drugi sezon już na etapie zwiastunów zapowiadał się naprawdę znakomicie, pełen akcji i typowego dla tej produkcji szaleństwa. Pierwsza odsłona intrygowała, choć można było zauważyć w niej wiele niedociągnięć. Czy nowe odcinki naprawiają błędy i podnoszą poprzeczkę? Zapraszam do lektury recenzji. Mogą pojawić się spoilery, więc uważajcie!

Tym razem twórcy The Umbrella Academy biorą na warsztat drugi tom komiksu Gerarda Waya i Gabriela Bá. Od samego początku nie dają nam odpocząć, bo tak jak mocnym akcentem zakończył się pierwszy sezon, tak drugi rozpoczyna się bardzo podobnie. Z apokalipsy w 2019 roku bohaterowie przenoszą się do lat 60. XX wieku dzięki Numerowi Piątemu (Aidan Gallagher), najstarszemu ale fizycznie najmłodszemu członkowi tej specyficznej rodziny. Jednak rodzeństwo Hargreeves nie byłoby sobą, gdyby choć raz wszystko poszło zgodnie z planem. Każde z nich przenosi się co prawda do Dallas, ale rok ich lądowania są różni, co daje poszczególnym bohaterom na rozwinięcie swojej historii i nowy, mniej lub bardziej udany,  początek. Wygląda na to, że Piątka musi jeszcze bardzo popracować nad swoimi umiejętnościami podróży w czasie, bo  Klaus ( Robert Sheehan ) i Ben ( Justin H. Min ) lądują w 1960 roku; Allison ( Emmy Raver-Lampman) przybywa w 1961 r.; Luther ( Tom Hopper ) pojawia się w 1962 roku; Diego ( David Castañeda ) przybywa 1 września 1963 roku; a Vanya pojawia się 12 października 1963 roku. Piątka zaś przybywa do miasta 25 listopada 1963 roku, trzy dni po zamachu na Kennedy’ego. Morderstwo prezydenta odgrywać będzie w 2. sezonie bardzo ważną rolę, choć i tak najważniejsza będzie próba powstrzymania apokalipsy. Nie tej z 2019 roku, tylko nowej, bo tam gdzie członkowie Akademii Umbrella się pojawią, tak zjawia się seria nieszczęść.

Czytaj też: Grounded to hit, którego nikt się nie spodziewał

Jak już wcześniej wspomniałam każdy z bohaterów ma szansę trochę pożyć. No, może prócz Piątki, który na głowie ma apokalipsę i odnalezienie swojego rodzeństwa. Dzięki takiemu zabiegowi twórcy pozwolili na rozwinięcie interesujących wątków obyczajowych, które nadają produkcji więcej głębi i pewnego rodzaju powagi. Poruszona zostaje kwestia rasizmu, Allison czynnie włącza się w protesty i akcje mające na celu zasygnalizowanie prezydentowi USA ogromnego problemu i wymuszenie na nim podjęcia pewnych działań. Od innej strony poznajemy też Vanyę. Dziewczyna w pierwszym sezonie była tłamszona, oszukiwana i niezbyt dobrze traktowana, co doprowadziło do zniszczenia Ziemi teraz ma szansę zaznać ciepła i bliskości innych ludzi. Nie spodziewajcie się tutaj jakiejś łzawej i kiczowatej fabuły. Twórcy naprawdę postarali się pokazać nam inne oblicze Vanyi. Bohaterka w pewien sposób dojrzewa, zmienia się i zaczyna dostrzegać, że nie jest jedyną pokrzywdzoną na tym świecie. Dużą rolę odgrywa tutaj wsparcie rodziny. Diego ma w nowych odcinkach trochę pod górkę, bo pragnąc za wszelką cenę uratować prezydenta przed zamachem zostaje uznany za wariata. Ten wątek też jest ciekawy, choć zdecydowanie najmniej angażujący ze wszystkich. Jednak dzięki niemu dowiadujemy się bardzo istotnych rzeczy, a historia zyskuje nowe twarze. Luther zaś pomimo imponującej postury i ogromnej siły nadal jest tym najbardziej wrażliwym, trochę ciamajdowatym bohaterem, którego ciężko nie lubić. Jest tematem wielu żartów, ale Tom Hopper nadaje mu swoisty wdzięk i Luther w końcu przestał mnie irytować. No i proszę państwa Klaus, którego pokochałam już w pierwszym sezonie, a ta miłość została tylko pogłębiona przez nowe odcinki. Robert Sheehan został do tej roli stworzony. Jak zwykle jego rola aż kipi przesadą i nonszalancją, choć i on przechodzi pewną przemianę. Oprócz typowych dla tego bohatera absurdalnych sytuacji dostajemy również trochę powagi i wzruszenia, o które byśmy go wcześniej raczej nie podejrzewali.

Czytaj też: Recenzja serialu Mroczne pożądanie – sezon 1

Bardzo podoba mi się podejście twórców do bohaterów. To nadal nie są ludzie z krwi i kości, ale przynajmniej te odrealnienie jest świadomym wyborem. W warstwie czysto fabularnej postacie są dużo przystępniejsze, ciekawsze i po prostu bardziej bliskie. Nie wszystkie ich problemy dotyczą super mocy, często są zagubieni, smutni i zdezorientowani. Na szczęście w tym całym chaosie i szaleństwie mają siebie i w końcu zaczynają widzieć swoją potęgę jako grupy. Nie jest to jeszcze ten moment, w którym mamy do czynienia ze zgranym zespołem, ale widzimy już jego zarysy. Na drugi sezon trochę czekaliśmy, ale warto było, bo twórcy The Umbrella Academy nagrodzili nasza cierpliwość znacznie rozszerzając świat, który teraz stał się o wiele bogatszy i pełniejszy. To już nie jest ten okrojony, pełen potknięć zarys dobrej historii. Teraz możemy zagłębić się w alternatywne życia poszczególnych bohaterów, które wywołują w nas bardzo wiele emocji. Zanurzamy się coraz bardziej w ten ocean absurdów, w końcu gorszej bandy niż rodzina Hargreeves chyba nie znajdziemy. Można ich śmiało porównać z członkami Doom Patrolu, bo w obu przypadkach mamy do czynienia z życiowymi nieudacznikami, którzy muszą poradzić sobie z zagładą świata, którą sami wywołują. Drugi sezon przynosi nam też wgląd w funkcjonowanie Komisji i jej misję ochrony czasu, która znów wkracza z butami w życie naszych bohaterów. Tak jak to ujawnił wcześniej Netflix dostaniemy małego, uroczego Pogo, wraz z którym powróci kilka znanych twarzy.

Czytaj też: WHO nie ma dobrych wiadomości w kontekście pandemii

Drugi sezon serialu The Umbrella Academy stoi na o wiele wyższym poziomie niż debiutancka odsłona. Nie tylko naprawiono rozliczne błędy, ale uczyniono bohaterów bardzo bliskimi i ludzkimi nie zatracając przy tym ich surrealistycznej natury. Nowe odcinki przynoszą sporo emocji i bardzo poważnych kwestii, w których zdecydowanie przoduje wątek Allison i jej wkład w walkę na rzecz czarnoskórych mieszkańców Dallas. Niestety bohaterka w pewnym momencie podsumowuje działania protestujących gorzkim stwierdzeniem, że za prawie sześćdziesiąt lat ta walka nadal nie będzie skończona. W kontekście wydarzeń w USA to bardzo przykra konkluzja, ale niestety prawdziwa. Mam nadzieję, że ten wątek będzie jeszcze kontynuowany, bo widać jak wielka zmiana zaszła w Allison dzięki tym wydarzeniom.

Czytaj też: Recenzja serialu Norsemen – Wikingowie na wesoło powracają z trzecim sezonem

Najnowszy sezon z odcinka na odcinek zmierza do fantastycznego, satysfakcjonującego i efektownego finału. Oczywiście już powinniśmy wiedzieć, że dla tych bohaterów szczęśliwe zakończenia po prostu nie istnieją, bo nawet jeśli wydaje im się, że coś naprawili to i tak zaraz okazuje się, że przyniosło to nowe szkody. Dziesięć odcinków, które serwuje nam Netflix ogląda się bardzo szybko, a seans sprawia masę frajdy i przyjemności. Myślę, że możemy zawdzięczać to nie tylko fabularnej różnorodności i rozwinięciu postaci. Również kwestie techniczne uległy znaczącej poprawie. Efekty specjalne stoją na wysokim poziomie, ścieżka dźwiękowa zachwyca, podobnie jak scenografie i charakteryzacja. Świeżo po seansie nie jestem w stanie przyczepić się do niczego konkretnego i wydaje mi się, że również za kilka dni nadal będę równie mocno zachwycać się drugim sezonem The Umbrella Academy. Więc jeśli jeszcze nie widzieliście nowych odcinków to czym prędzej odpalajcie Netflixa, a jeśli również pierwszy sezon macie do nadrobienia to spieszcie się, bo w tym momencie niczego lepszego na platformie nie znajdziecie.

Chcesz być na bieżąco z WhatNext? Śledź nas w Google News