Recenzja Tiny Tina’s Wonderlands. Wersja PC niestety ciągle bez współdzielonego ekranu

Recenzja Tiny Tina's Wonderlands

Jestem Borderlandsowym weteranem, więc koniecznie weźcie to pod uwagę czytając poniższą recenzję Tiny Tina’s Wonderlands. Zwłaszcza że po setkach godzin spędzonych w całej serii Borderlands nie byłem wcale znużony tym, co oferowała każda kolejna część, więc ten styl gier przemawia do mnie na praktycznie wszystkich frontach. Nie bez powodu, bo zawsze producent dbał o to, aby nowe odsłony przede wszystkim rozwijały te elementy, które podobały się w poprzednich i uzupełniały je o ciekawie dobrane nowości. W tym wszystkim Tiny Tina’s Wonderlands jest małą rewolucją, bo wprowadzany przez tę produkcję zakres zmian jest znacznie większy niż w poprzednich odsłonach. Jak to się sprawdziło w wersji na PC? O tym poniżej. 

Początki w Tiny Tina’s Wonderlands, to zupełnie nieborderlandsowa przygoda

Do tej pory w serii Borderlands mieliśmy do wyboru zwykle cztery postaci, do których dołączały kolejne w ramach DLC. To zmieniło się całkowicie w Tiny Tina’s Wonderlands i tak oto otrzymaliśmy rozbudowany kreator postaci, którego dodatkowo rozwijają znalezione podczas gry nowe elementy “wyglądowe”. Dodatkowo zamiast jasno określonej postaci wybieramy teraz jedną z pięciu klas, do której w ciągu zabawy dochodzi druga, dzięki czemu naszego unikalnego bohatera zbudujemy na podstawie dwóch drzewek rozwoju oraz łącznie sześciu tradycyjnych atrybutów.

Czytaj też: Historia sieci 5G w Rosji. Jeśli my jej nie mamy, to inni też mieć nie będą

Te ostatnie znacząco modyfikuje wybrane przy tworzeniu postaci pochodzenie, więc nie myślcie, że w end-game będziecie mogli zacząć “wszystko od zera”, jak to było do tej pory. Gra rzeczywiście jednak pozwala resetować rozdysponowane punkty zarówno w drzewku umiejętności, jak i liście atrybutów w każdym momencie. Tyczy się to naturalnie również wyglądu. 

Fabularnie… no cóż – w ten świat musicie uwierzyć

Chociaż przyznam, że twórcom udało się oddać charakter grania w “papierowego RPGa”, bo to właśnie z poziomu takiej historii poprowadzono fabułę, to historia i misje są… po prostu “borderlandsowe”. Miłośnicy poprzednich gier Gearboxa nie odnajdą tutaj niczego nowego i tak jak zwykle, całą produkcję możemy przejść bez czytania i słuchania dialogów. Zwłaszcza że Tiny Tina’s Wonderlands nie posiada w ogóle spolszczenia.

Izometryczny widok na Wonderlands. To właśnie tutaj poruszamy się między lokacjami

Jeśli jednak angielski nie jest dla Was czarną magią i na dodatek obracacie się w mainstreamie, memy nie są Wam obce, a na RPGach zjedliście do tej pory zęby, to wiele zadań, dialogów i nawiązań wywoła na Waszych twarzach szeroki uśmiech. Równie często będziecie jednak odczuwać żenadę i nudę, bo niektórzy quest-designerzy ewidentnie przesadzili zarówno z humorem, jak i ekspozycją. Doprawili to na dodatek niepotrzebnymi dłużyznami wielu sekwencji, podczas których jedyne co robimy, to czekamy na zakończenie ruchu ze strony postaci niezależnych, a to w tak dynamicznej grze po prostu nie sprawdza się najlepiej.

To, za co kochamy Borderlandsa, zostało jednak zrealizowane wzorowo i jeśli jedyne czego poszukujecie, to dobrej zabawy i dynamicznej strzelanki, to Tiny Tina’s Wonderlands będzie dla Was wyborem wręcz idealnym. Zwłaszcza że mechaniki stojące za strzelaniem i broniami zostały przeniesione praktyczne 1:1 i stosownie urozmaicone. Poza nowym rodzajem efektu i obrażeń (czarną magią), znacznie rozbudowanymi atakami wręcz z umożliwieniem ekwipowania broni ręcznej (za to należy się ogromny plus) oraz zaklęciami w miejscu dotychczasowych granatów, nie znajdziecie jednak tutaj zbyt wiele nowości względem poprzedników. 

Czytaj też: Recenzja gry Ghostwire Tokyo

Zwłaszcza że Tiny Tina’s Wonderlands jest w dużym stopniu recyklingiem tego, co w serii Borderlands już wiedzieliśmy i mówię tutaj nawet o samych zaklęciach, które w rzeczywistości są w dużym stopniu rozwinięciem legendarnych, powodujących unikalne efekty granatów z poprzednich odsłon serii. Podobieństwa względem innych odsłon widać też w samych umiejętnościach i pasywkach, co udowodniłem poprzez kreację swojego “Zane-Zero”, łącząc klasę Stabbomancer z Clawbringerem, ale to samo w sobie nie jest problemem.

W rzeczywistości pozwala nam bawić się w tej grze studia Gearbox jeszcze lepiej, niż w poprzednich Borderlandsach, umożliwiając tworzenie ciekawych kombinacji, co w połączeniu z pięcioma brońmi, dwoma pierścieniami, amuletem, tarczą i class-modem sprawia, że miłośnicy end-game i grindowania konkretnych itemów będą wręcz zachwyceni. Gorszy recykling widać jednak w lokacjach, bo wiele aren zwyczajnie się powtarza. 

Kooperacja podkreśla świetny gameplay, choć niestety na PC nadal nie mamy dostępu do lokalnego coopa na współdzielonym ekranie

Recenzja Tiny Tina’s Wonderlands – podsumowanie

Mam wrażenie, że wszystkie zmiany i dodatki wprowadzone w Tiny Tina’s Wonderlands znacząco odbiją się na przyszłości Borderlands 4, jako że wiele z tego, co Gearbox wprowadził w tej grze, jest po prostu czymś, co znacząco wzbogaciłoby Borderlandsy. Mówię tutaj nie tylko o zaklęciach, będących poniekąd mariażem dotychczasowych granatów z tradycyjnymi umiejętnościami, ale też kreatorze postaci, bardziej rozwiniętej sferze zabawy konwencją i łamania czwartej ściany (gracz wciela się przecież w gracza wirtualnego RPG na zupełnie nowym poziomie) oraz wniesieniem dynamiki gry na nieco wyższy poziom. 

Gra w moich oczach ma jednak swoje bolączki i pomijam tutaj kwestie optymalizacji (długo doczytujące się tekstury po zmianie lokacji, okazjonalne błędy w interfejsie i crashe do pulpitu), bo te problemy zostaną poprawione z pewnością w nadchodzących aktualizacjach. Mówiąc o tych poważnych wadach Tiny Tina’s Wonderlands, trzeba podzielić je na dwie grupy – dla tych, którzy nie znają lub nie rozumieją fenomenu serii Borderlands, jak i dla tych, którzy ją uwielbiają. 

Czytaj też: Najciekawsze premiery gier – kwiecień 2022

Ci pierwsi mogą czuć się przytłoczeni ogromem przedmiotów i systemem rozwoju postaci oraz nie “kupować” momentami żenującego humoru i wysokiej dynamiki. Ci drudzy z kolei w tej produkcji rozczarują się stosunkiem zawartości do ceny. Dlaczego? Bo w dniu premiery studio dało nam już znać o kosztującej 125 zł przepustce, która wprowadzi dodatkową zawartość w ramach czterech DLC. Nie jest to wiele, jak na 4 duże rozszerzenia, ale zważywszy na to, że główną część gry zdołałem ukończyć w ~15 godzin i bez większego problemu (lokalny coop z podwyższonym poziomem trudności), pozostawiając sobie na deser kilkadziesiąt misji pobocznych i szereg nowych lokacji, to sam stosunek ceny do zawartości może nieco niektórych rozczarowywać.

Gearbox ewidentnie poszedł jednak w stronę aktywności pobocznych, zapewniając automatyczne skalowanie poziomu, więc grając w tę produkcję, możecie śmiało zajmować się dodatkowymi misjami poza główną fabułą (nie to co w Borderlandsach). Pod tym kątem Tiny Tina’s Wonderlands nie rozczarowuje (wręcz przeciwnie), ale jeśli jesteście nastawieni na główny wątek, to nieco się rozczarujecie. Rozwiązanie? Poczekać na przecenę i tutaj zdecydowanie warto to zrobić, bo przynajmniej ominiecie okres “łatkowy”.