W lipcu 2017 roku Europejska Agencja Kosmiczna (ESA) połączyła siły z jej japońskim odpowiednikiem (JAXA) w celu rozpoczęcia misji poświęconej eksploracji Merkurego. 

Merkury jest najmniejszą planetą Układu Słonecznego a zarazem położoną najbliżej jego centralnej gwiazdy. Dwie misje poświęcone tej planecie wykazały, że w atmosferze Merkurego znajduje się para wodna oraz lód. Wciąż jednak pozostaje ona najsłabiej zbadaną, dlatego misja BepiColombo jest tak ważna.

Jednym z ciekawszych elementów przelotu będzie jego trasa wykorzystująca przyciąganie planet oraz Słońca. Zanim sonda dotrze do Merkurego wykona przelot wokół Ziemi oraz dwa obok Wenus. Ostatni etap zakłada sześciokrotne minięcie celu podróży, by potem pojazd mógł wylądować na jego powierzchni? Po co aż tyle, mogłoby się wydawać, zbędnych manewrów? Chodzi o wytracenie prędkości, aby Słońce nie „przechwyciło” sondy.

Z pewnością zagwozdkę dla projektantów statku stanowiła jego wytrzymałość na skrajne temperatury. Po oświetlonej stronie sięgają one niemal 500 stopni Celsjusza, podczas gdy po tej zaciemnionej – ok. -160 stopni. Tym bardziej, że sam przelot ma potrwać siedem lat. Dodając do tego czas potrzebny na obserwacje oraz powrót na Ziemię, wydaje się oczywistym, iż inżynierowie mieli nie lada orzech do zgryzienia.

BepiColombo ma m.in. zbadać budowę Merkurego. Sonda sprawdzi też w jaki sposób powstają tajemnicze otwory obecne na powierzchni tej planety. Jedna z teorii mówi, że mogą one być związane z procesem kurczenia się tego ciała niebieskiego. Poza tym statek może pomóc w sprawdzeniu ogólnej teorii względności Einsteina. Wszystko dzięki rejestrowaniu zniekształceń w czasoprzestrzeni polegających na przesunięciach częstotliwości w sygnałach radiowych.

[Źródło: popularmechanics.com]

Czytaj też: Japońskie łaziki z sukcesem wylądowały na powierzchni asteroidy Ryugu!

 

Kolejny artykuł znajdziesz poniżej