WRÓĆ DO STRONY
GŁÓWNEJ
Moto

Historia supersamochodu. Rozdział 3 i ostatni

Jak do tej pory udało się nam ustalić Italia jest niekłamanym potentatem jeżeli chodzi o motoryzacyjny Mount Everest w kwestii supersamochodów. Chociaż oryginalna hipoteza, że dołożą całej reszcie świata zaczyna powoli nabierać wody. Kto wie może ostatni rozdział naszej podróży to będzie powrót w wielkim stylu. Zapraszam serdecznie do teraźniejszości.

Od publikacji części drugiej minęło już trochę czasu, więc warto zapoznać się z poprzednimi częściami cyklu.

Czytaj: Włosi kontra reszta świata – historia supersamochodu cz.1 oraz Włosi kontra reszta świata – historia supersamochodu cz. 2

Amerykański serb – władca prądu

W 1884 roku do Stanów Zjednoczony przybył człowiek, który zrewolucjonizował to co dzisiaj rozumiemy przez elektryczność. Mowa o serbskim inżynierze Nikola Tesli. Facet musiał być nietuzinkowy skoro największy producent samochodów elektrycznych nazwał całą firmę od jego nazwiska. Tak faktycznie było. Pan Tesla był autorem około 300 patentów, a różne źródła podają, że była to liczba jeszcze bardziej pokaźna. W kontekście motoryzacyjnym jego największym osiągnięciem było zbudowanie silnika elektrycznego. Jak się okazało z biegiem czasu był to pomysł, który swoje najbardziej pragmatyczne zastosowanie znalazł w XXI wieku.

Nikoli żaden prąd nie był straszny.

Oczywiście piszę to jako fan motoryzacji. Nie podważam zarazem wielu innych gałęzi przemysłu, gdzie prąd zmieniany jest w energię mechaniczną. Nawet laicy samochodowi wiedzą jaki jest trend tego przemysłu. Za kilka lat na palcach jednej ręki będzie można policzyć samochody napędzane paliwami kopalnymi. Zamiast dystrybutorów z wężami na stacjach będziemy podłączać gigantyczne wtyczki. Nie jest moją intencją wchodzenie w dywagacje czy jest to dobry kierunek dla motoryzacji. Niepodważalną kwestia jest to, że tej ewolucji nic nie zatrzyma. Producenci supersamochodów coraz śmielej zaszczepiają tą technologię do swoich aut. Co prawda na razie jest to połączenie starego z nowym. Rozumiem przez to konstrukcje hybrydowe. Jednak w dalszej części zestawienia zaprezentuję kilka aut stricte elektrycznych. Aut, które dają nadzieję, że ekologiczna przyszłość motoryzacji wcale nie musi być nudna.

Wielka hybrydowa „trójka”

Przyznam się Wam do czegoś… rozdział dotyczący tych trzech samochodów napawa mnie entuzjazmem. Doskonale wiadomo, że technologie zaszczepiane do nieprzyzwoicie drogich, ekskluzywnych aut w dalszej perspektywie dają nadzieję, że za jakiś czas trafia one do sedanów i hatchbacków. Dlatego w roku 2040 każdy Polak z medelklas jak to mówił Jan Pawlak, będzie mógł pozwolić sobie na prawnuka jednego z tych potworów o których za moment. Ultraoptymistyczna wizja, ale komu nie wolno marzyć.

Kapitał McLarena F1 został ulokowany w tym niesamowitym hybrydowym cacku.

Pierwszy z naszych bohaterów. Proszę Państwa… 903 KM pozwalające na przyspieszenie do setki w czasie 2,6 sekundy. Wszechobecny karbon i sylwetka zaprojektowana w tunelu aerodynamicznym. Mowa o McLarenie P1. Samochód, który dla wielu pomógł zaakceptować rzeczywistość i przyznać, że elektryczny napęd potrafi być przydatny. Jak bardzo przydatny? Nigdy nie siedziałem za kierownica tego potwora, ale nawet kierowcy wyścigowi recenzujący McLarena rozpływali się nad jego możliwościami i nietuzinkowymi osiągami. Producent naturalnie wysłał swoją wyścigówkę na tor Nurburgring. Jednak nigdy nie ujawnił oficjalnego czasu jaki P1 tam wykręciło. Krążą legendy, że czas ten zaczyna się od cyfry 6. Więcej wiedzieć nie trzeba. W odpowiedzi na eksperyment Anglików pojawia się majstersztyk ich odwiecznych rywali… nie Szkotów. Chodzi mi o specjalistów z Porsche.

918 Spyder… król wszystkich hybryd.

Również w 2013 roku wprowadzają do sprzedaży swoja superhybrydę. Mowa o Porsche 918 Spyder. Jedyny z wielkiej trójki, który w rzeczywistości może być używany w trybie wyłącznie elektrycznym. Spełnia wyśrubowane normy spalania i emisji CO2. Nadmienię tylko, że do setki przyspiesza w 2,2 sekundy. Nie będę kłamał . To najmądrzejszy i najbliższy memu sercu samochód jaki do tej pory wyprodukowano. Nie lęka się przyszłości, dba o środowisko i daje emocje na poziomie ucieczki wąskimi uliczkami Pampeluny przed stadem rozpędzonych byków. Jeżeli masz kieszeń na tyle zasobną żeby aspirować do aut tego segmentu nie szukaj dalej. 918-ka to jedyny słuszny wybór. Ostatnim przedstawicielem hybrydowej arystokracji jest Włoski potentat z Maranello. Ferrari LaFerrari… to nie żart.

Ferrari nigdy nie gwarantuje nudy. Nawet zaszczepiając elektryczność w swoim topowym modelu.

Właśnie tak dział marketingu spod znaku rączego konia nazwał swoje dziecko. V12-ka połączona z silnikiem elektrycznym generowała około 950 KM. Smaczkiem było zainstalowanie systemu KERS, który fani motorsportu znają z wyścigów F1. Jeżeli jesteś jednym z 499 szczęśliwców, którym umożliwiono zakup tego cuda to chapeau bas. Trudno o lepszą lokatę kapitału. Chociaż jest to potężny kapitał . Te trzy majstersztyki to krok milowy dla motoryzacji. Pozwolą innym producentom nabrać wiatru w żagle i zacząć eksperymentować z silnikami elektrycznymi w najbardziej ekstremalnych autach.

Włosi vs reszta: 1:2

Benzyna ciągle jest cool

Mimo, że trendy się zmieniają superauta napędzane silnikami benzynowymi ciągle maja coś do powiedzenia. Myślę, że to nie ostatnia dekada kiedy anachronizm motoryzacyjny wyciągnie kilka asów z rękawa. W kwestii braku chronologii chciałbym cofnąć się do 2010 roku kiedy kraj kwitnącej wiśni wydał na świat prawdziwego białego kruka. Mam na myśli niesamowitego Lexusa LFA.

Wyjątkowy, ale niedoceniony… Lexus, który odmienił oblicze marki.

Auto, które wkręca się na obroty w takim tempie, że instalacja analogowego obrotomierza okazała się w nim niemożliwa. To nie żart. Wskazówka po prostu nie była w stanie nadążyć za tym niesamowitym naturalnie aspirowanym silnikiem, który był w stanie wyprodukować 560 KM. Być może nie trafi w gusta każdego fana mechanicznych symfonii, ale polecam posłuchanie tego wybitnego silnika na licznych nagraniach które krążą w Internecie. Krzyk i furia tak bym scharakteryzował to co wydostaje się z jego wydechów.

Wracając do sformułowania cool. Nie ma nic wypełniającego definicję tego słowa lepiej niż auta mojego ulubionego producenta. Jeżeli czytaliście uważnie to pamiętacie. W 2012 roku Pagani postanawia zaprezentować następcę Zondy. Na imię mu Huayra.

Huayra zasługuje na swój podest w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w NYC.

Imię pochodzące z języka plemienia Quechua zamieszkującego Peru. Huayra oznacza boga wiatru… bez zbędnych skojarzeń. To auto po prostu lata. Szybsze, piękniejsze i po prostu lepsze pod każdym względem od swojego poprzednika. Każdy element Pagani wygląda jak dzieło sztuki. Technicznie również nie odstaje od śmietanki towarzyskiej. Podwójnie doładowane V12 od AMG generuje około 700 KM i rozpędza Huayrę w 3 sekundy do setki. Nie chce po raz kolejny używać tych wszystkich tendencyjnych przymiotników opisując Pagani. Napiszę tylko, że jeżeli kochać to z całego serca. Włosi skradli moje i będzie to miłość do grobowej deski.

Popełniłbym kardynalny błąd gdybym w tym momencie nie wspomniał o drugim dziecku Bugatti. Jak widać powyżej młodsze rodzeństwo często bywa odrobioną lekcją dla jego motoryzacyjnych rodziców. Z pewnością następca Veyrona nie był tak przełomowy i innowacyjny, ale z zdecydowanie odcisnął swoje piętno w motoryzacyjnym świecie.  W 2016 roku francuski producent prezentuje model pod nazwą Chiron. Silnik w układzie W16 daje potworną moc 1500 KM. Bez żadnych elektrycznych wspomagaczy. Jak się domyślacie osiągi tego samochodu przechodzą zdrowy rozsądek, ale właśnie do tego przyzwyczaili nas inżynierowie Bugatti.

Chiron nie był kolejnym krokiem milowym marki. Jednak sam w sobie był samochodem niesamowitym.

Włosi 1 : 1 Reszta świata

Szwecki wizjoner. Christian von…

Tak mowa o tym Christianie ze Szwecji. Pan Koenigsegg i jego samochody odniosły zdecydowany sukces. Skandynawskie auta okrzepły i nabrały dystynkcji. Idąc za ciosem w 2014 roku producent tworzy coś nieprawdopodobnego. Samochód, którego stosunek mocy do masy ma wynosić 1:1. Zgadnijcie jak nazywa się to cudo. Jeżeli ktoś usłyszał w swojej głowie sformułowanie One:1 śmiało może konkurować z najlepszymi telepatami Instagrama.

Jeden koń za jeden kilogram… Koenigsegg wpadł na genialna formułę nowego teleturnieju.

Auto, którego masa wynosiła 1340 kg generowało moc 1341 KM. To nie jedyny wybryk natury jaki wyjechał z garażu Skandynawów. W 2015 roku produkują ultrahybrydę która nie ma skrzyni biegów. Dlaczego? Bo jej po prostu nie potrzebuje. Model Regera oferował moc na poziomie 1500 KM i moment obrotowy 2000 Nm. Wszystko to było dostępne na pełnym zakresie obrotów silnika. Więc po co instalować niepotrzebny gadżet jakim jest przekładnia. Szkoda tylko, że Regera kosztowała około 1,5 miliona Funtów. No cóż, za egzotykę z północy trzeba słono płacić.


Skandynawowie są antytezą Włochów… wspaniałą inżynieryjna antytezą.

Włosi kontra Christian von 0:2

Super… ale Tesla nie jest dla każdego

To auto wygląda jak nowe wcielenie Opla Insignia, nie ma silnika benzynowego i przyspiesza do setki w nieco powyżej 2 sekund. Mowa oczywiście o Tesli Model S P100D. Jakkolwiek nazwa tego modelu nie brzmi zachęcająco to samo auto jest niesamowitym osiągnięciem nauki.


Może i nudny, ale to Tesla buduje przyszłość na naszych oczach.

Elektrykom można zarzucać wiele, ale nie to, że są bezmyślne. Tesla systematycznie przesuwa granice i buduje gałąź motoryzacyjną praktycznie w pojedynkę. Trochę szkoda, że reszta producentów dopiero nabiera przekonania do filozofii Amerykanów, ale lepiej późno niż wcale. Oczywiście największym problemem jest kwestia ładowania baterii tego typu samochodów. 100 KWh, które schowane zostały w podłodze Tesli potrzebują aż 10 godzin do pełnego naładowania. Po czym wystarczają na około 500 kilometrów bezdźwięcznego relaksu za jej kierownicą. Kiedy wyeliminujemy problem pojemności baterii oraz szybkości ich ładowania silniki benzynowe znikną z rynku. Będzie to bardzo smutny dzień dla wielu fanów motoryzacji, ale musimy pogodzić się z kierunkiem w jakim zmierza ten przemysł. Mam jednak nadzieję, że elektryczna alternatywa da nam Motorsport na poziomie. No i że nie zapomną o nas malućkich. Bo tak naprawdę tutaj jest największy potencjał ekonomiczny. Na chwilę obecną pomimo wielu atutów Tesli nie wrzucę jej do worka z napisem super. Inaczej ma się kwestia Rimca Concept One.

Jeżeli ktoś wątpi w potęgę elektrycznego silnika z Rimca niech zapyta Richarda Hammonda co myśli na ten temat.

Chorwacka konstrukcja jest pierwszym stricte elektrycznym samochodem, który wypełnia wszystkie kratki niezbędne dla tego miana. Jego elektryczny silnik produkuje około 1244 KM i rozpędza auto do około 350 km/h. Każdy z ośmiu sprzedanych modeli kosztował mniej więcej milion dolarów. Myślę, że za kilka lat okaże się to bardzo dobrą lokatą kapitału.

„Znane niewiadome…”

Powyższe sformułowanie zapisało się w kanonie politycznej hipokryzji dzięki Amerykańskiemu Sekretarzowi Stanu Donaldowi Rumsfeldowi. Nie będziemy się jednak zagłębiać w jego kontekst, ani polityczne konsekwencje. Nadamy mu wydźwięk motoryzacyjny. Mam na myśli dwa projekty, które niby istnieją, ale nie istnieją. Niby sporo o nich wiemy, ale nie do końca. Chodzi o auta, które maja zredefiniować supersamochód i wprowadzić go w kolejna dekadę. Jeżeli jesteście na bieżąco z nowinkami motoryzacyjnymi z pewnością słyszeliście o Astonie Martinie Valkyrie i Mercedesie AMG One.

Valkyrie to nie samochód to obietnica. Przyszłość nadchodzi.

Producenci tych hybryd obiecują nam zupełnie nowe pojmowanie prędkości i osiągów. Czytając sporo na temat tego duetu jestem zdecydowanie zniecierpliwiony. Mam tylko nadzieję, że oczekiwania wszystkich fanów tego typu pojazdów nie zostaną zawiedzione. Wierzę jednak, że angielsko-niemiecka rywalizacja po raz kolejny stworzy cudownie słodkie owoce. Wiadome jest jedno.


Jeżeli macie ambicję zakupu samochodu z silnikiem wprost z F1 to wasza szansa. Mercedes zapełnia tą lukę swoim nowym modelem.

Oba z nich mają kosztować bagatela 2,5 miliona Funtów. Za takie pieniądze oczekiwałby, że moje auto pójdzie za mnie na wywiadówkę do szkoły dziecka i rozliczy mnie z podatków. Czas pokaże…

Historia supersamochodu. Epilog

Drodzy Czytelnicy, była to długa i wyczerpująca podróż. Jeżeli dotarliście ze mną do końca jestem wam niezmiernie wdzięczny. Historia supersamochodu jest niesamowicie bogata i ważna dla całego przemysłu. To właśnie te auta dzierżą palmę pierwszeństwa. Praktycznie w każdym aspekcie tego czym jest samochód to one wyznaczają trendy i nadają kierunki. Na początku postawiłem pewną tezę… Włoska motoryzacja jest na piedestale najlepszych z najlepszych. Była to propozycja nie do końca przemyślana i podyktowana emocjami. Bo właśnie z tym kojarzą mi się samochodu z Półwyspu Apenińskiego. Tam stawia się przede wszystkim na maszyny z duszą. Maszyny, które porywają i nigdy nie wypuszczają. Samochody, które się kocha i nie nabywa z rozsądku… które kupuje się sercem, a nie rozumem. W tych kategoriach nikt nie dorówna Włochom. Wydaje się, że moja teza była źle sformułowana, ale potrafię się przyznać do błędu. Arytmetycznie poniosłem sromotną klęskę. Wydaje mi się jednak, że wirtualnie spacerując przez ponad 50 lat tego co najlepsze w motoryzacji wygrywamy wszyscy. Niech żyje supersamochód nie ważne jaka drogą nas poprowadzi… zapewne elektryczną.

Moja wizja ładowania baterii. Może nie teraz, ale za kilka lat.