Myślicie Huawei, to od razu mówicie smartfony i tablety. Chińczycy do tej pory praktycznie nie wychodzili poza ten rynek, więc ich debiut na terenie ultrabooków jest tym bardziej ciekawy. Jak wypada ich pierwsze dzieło w postaci Matebook X?

Niby MacBook Pro, a jednak z Windowsem

Po tym jak wypakowałem sprzęt z opakowania, zostałem absolutnie zaskoczony. W pierwszej chwili myślałem, że przez przypadek wysłano mi MacBooka z naklejonym logiem Huawei. Oba ultrabooki bowiem różnią się od siebie wyłącznie niewielkimi detalami. Aluminiowa obudowa, spory touchpad, kwadratowe i w dodatku spore klawisze, ba, nawet zawias oraz nóżki na spodzie do złudzenia przypominają produkt Apple. Nie traktuję tego jednak jako ogromną wadę, bo w końcu jak już coś kopiować to od najlepszych, więc moim zdaniem Matebook X prezentuje się wprost wspaniale. Ma mocno minimalistyczny design, charakteryzujący się sporą elegancją. Ten sprzęt po prostu nie może się nie podobać!

Chwalenia walorów fizycznych Matebook X na tym nie koniec, ponieważ pod względem ergonomii oraz jakości wykonania, produkt Huawei to najwyższa, światowa półka. Przyznam szczerze, że dawno nie miałem w rękach tak świetnie wykonanego ultrabooka z Windowsem! 1,05 kg masy, grubość około 12,5 milimetra, a ramki ekranu mają zaledwie 4,4 milimetra, co pozwoliło zamknąć 13-calowy ekran w niewielkiej obudowie. Matebook X to cudownie kompaktowy produkt ze świetnym wykończeniem. No i jak przystało na ultrabooka z klasą, można podnieść górną klapkę komputera zaledwie jednym palcem, choć z delikatnym kłopotem. To nie udaje się zbyt wielu producentom.

Zdążyłem już wspomnieć o tym, że ultrabook od Huawei posiada 13-calowy wyświetlacz. Wykonany został on w technologii IPS i posiada 2160 na 1440 pikseli, czyli rozdzielczość 2K. Proporcje ekranu nie wynoszą 16:9 a 3:2, co jest miłą niespodzianką. Ekran jest stosunkowo jasny, ostry jak żyleta, ale co najważniejsze – ma świetny kontrast oraz kąty widzenia, a do tego genialne wręcz kolory. W końcu posiada on 100% odwzorowania palety barw sRGB. Matryca niestety jest błyszcząca i ma mocną tendencję do odbijania światła, stąd praca na zewnątrz może wydawać się mocno upierdliwa. Zabrakło też dotykowego wyświetlacza, z którego choć korzystam niewiele, to uważam go za stosunkowo wartościowy dodatek.

Klawiatura z Archiwum X

Klawiatura mocno przypomina z wyglądu MacBooki i odziedziczyła po nich w zasadzie wszystkie najlepsze cechy. Powiem wprost – pisze się na niej niezwykle przyjemnie! Kształt oraz rozmiar klawiszy (oczywiście z początku) wymaga lekkiego przyzwyczajenia, ale myślę, że warto przeboleć pierwsze literówki dla tak świetnego doświadczenia. Skok jest rozsądnie niski, przyciski przyjemnie reagują na naciśnięcie (choć to nie mechanik trzeba zaznaczyć) i są one stosunkowo ciche. Klawiatura jest również podświetlana, co jako osoba lubiąca popisać w łóżku, doceniłem bardzo mocno.

Muszę też wspomnieć o okrągłym klawiszu zasilania, który znajduje się w prawym, górnym rogu urządzenia. Ten pełni również rolę skanera linii papilarnych, stąd mamy możliwość odblokowania ultrabooka przy pomocy odcisku palca. Niestety, w moim przypadku funkcja ta nie działała, nawet po ponownej konfiguracji laptopa oraz pobraniu najnowszych sterowników. Widocznie była to jakaś pojedyncza wada mojego egzemplarza, tudzież Windowsa samego w sobie.

A skoro już jesteśmy przy przycisku zasilania, to warto omówić ulokowane przy nim głośniki. Te posiadają certyfikację Dolby Atmos Sound i trzeba przyznać, że grają naprawdę nieźle. Dało radę na nich słuchać muzyki, zaś oglądanie seriali z ich pomocą było bardzo przyjemnym doświadczeniem. Do sesji pod kołdrą przed snem jak znalazł.

Touchpad ulokowany został na dole, bardzo blisko klawiatury, choć trzeba to zrozumieć, biorąc pod uwagę kompaktowy rozmiar całości. Gładzik ma kształt dużego prostokąta i zajmuje dość sporą część powierzchni. Jest precyzyjny, miły w dotyku i bardzo dobrze rozumie wszelakiej maści gesty. Tego wymagam od najlepszych touchpadów i to otrzymałem w Matebook X.

Moc z pierwiastkiem X…

Laptop sprzedawany jest w kilku wariantach, z czego „najgorszy” wyceniony został na około 4500 złotych i posiada procesor Intel Core i5-7200U, 8GB pamięci RAM oraz 256 GB przestrzeni na dysku SSD. Najlepsza edycja, kosztująca około 5500 złotych, różni się tylko lepszym procesorem, bo i7-7500U oraz pojemnością dysku SSD, która w tym przypadku wynosi 512 GB. Do testów otrzymałem tę pierwszą edycję.

Matebook X poszedł w ślady nowych MacBooków, stąd też posiada jedynie dwa złącza USB typu C i o dziwo jedno wyjście mini jack. Trzeba jednak zaznaczyć, że nie są to złącza Thunderbolt i dodatkowo tylko lewe USB radzi sobie z ładowaniem. To moim zdaniem spory minus, ponieważ Apple uzasadniło w jakiś sposób wycięcie reszty portów poprzez zastąpienie ich uniwersalnym i bardzo szybkim Thunderboltem 3. Tutaj redukcja złącz jest uzasadniona jedynie małą grubością urządzenia. Całe szczęście Huawei nie pozostawia swoich klientów na pastwę losu i do zestawu dorzuca dok ze złączami HDMI, VGA, USB-A oraz dodatkowym USB-C. Dzięki temu wszelkiego rodzaju rzutniki czy telewizory nie przestraszą nas nagle „złączem sprzed epoki”. Dok nie posiada jednak czytnika kart pamięci, stąd przerzucanie zdjęć będziecie musieli załatwić w inny sposób.

Przeprowadzanie testów syntetycznych w przypadku ultrabooków to nie moja specjalność. Komputery tego typu stawiają na zupełnie innych konsumentów, niż ważące po kilka kilogramów konstrukcje stworzone z myślą o graczach. Mogę jednak powiedzieć, że do wszystkich moich zadań Matebook X sprawdzał się wyśmienicie. Mowa tu o edycji dokumentów, korzystaniu z sieci czy oglądania filmów/seriali w różnej jakości. Z ciekawości udało mi się też nieco pograć w prostsze gierki oraz przetestować kilka emulatorów i z tymi jest całkiem nieźle, choć tutaj powstaje pewien mały haczyk, o jakim wspomnę nieco później. Na ultrabooku uruchomiłem nawet Sony Vegasa i choć montaż prostego filmiku był jeszcze znośny, tak o klejeniu skomplikowanych projektów można raczej zapomnieć. Produkt Huawei sprawdzi się za to świetnie jako narzędzie pracy dla menedżerów czy domowy komputer.

… z pewnymi problemami

Matebook X ma jednak spore problemy z odprowadzaniem ciepła… o ile w ogóle próbuje się go pozbyć. Jedynym miejscem, z którego potencjalnie może uciec temperatura to zawiasy i ich okolice, ale widać, że sprzęt średnio próbuje się w to bawić. Kultura pracy nieco na tym zyskuje, ale z drugiej strony mocno traci, bo sprzęt jest praktycznie niesłyszalny, a przy tym ma tendencje do grzania się oraz nadmiernego throttlingu procesora. Wystarczy uruchomić system i włączyć jakiś plik Worda, żeby poczuć dające nam po kolanach delikatne ciepło. Przy bardziej intensywnych zadaniach robi się już znacznie gorzej. Dlatego też korzystanie z tego ultrabooka z myślą o bardziej profesjonalnych zadaniach mija się z celem. Ten element Huawei zdecydowanie musi usprawnić.

Rozdzielczość 2K, dość niezłe specyfikacje oraz temperatury mocno odbijają się też na baterii. Ta maksymalnie dała radę utrzymać gdzieś około 6, co jest wynikiem bardzo przeciętnym, biorąc pod uwagę konkurencję. Moc akumulatora uciekała jak szalona, stąd jeśli myślicie pracować na tym urządzenie w „godzinach biznesowych’, to radzę zabrać ze sobą ładowarkę, żeby nie zostać niemile zaskoczonym.

Tak blisko…

Huawei Matebook X to świetny ultrabook, który kompletnie mnie oczarował. Oferuje całkiem niezłą wydajność, wysoki komfort użytkowania, świetny ekran i przede wszystkim mistrzowskie wręcz wykonanie. Niestety miłość, podobnie zresztą jak medal, ma swoje dwie strony i tak problemy z temperaturami/ throttlingiem oraz dość przeciętna bateria odtrącają mnie od polecenia tego sprzętu. W okolicach 4500 złotych mamy przecież całą masę innych, świetnych ultrabooków, które może nie dorównują Matebook X wykonaniem, ale nadrabiają to czasem pracy oraz jej lepszą kulturą. Stąd też, choć mówię to z bólem serca, ciężko w zupełności przyznać mi znaczek polecenia tego sprzętu. Ultrabook dostanie ode mnie mocne „TAK” i mam nadzieję, że wkrótce Huawei zaadresuje te stosunkowo niewielkie problemy przy następnej edycji Matebooka. O ile zachowają wówczas granice rozsądku z ceną, to ich następny produkt będę wychwalał w niebiosa. Tymczasem… do wstąpienia do „Valhalli ultrabooków” zabrakło naprawdę niewiele.

Kolejny artykuł znajdziesz poniżej