WRÓĆ DO STRONY
GŁÓWNEJ
Testy

Test myszki Lioncast LM25

Do tej pory miałem już przyjemność sprawdzić każdą myszkę Lioncasta, które wypadały raz świetnie, a raz po prostu dobrze. Zgodnie z tą regułą już się domyślam, że LM25 finalnie polecę, ale może jednak teraz niemieckiemu producentowi powinęła się noga? Sprawdźmy to! 

Pudełko i dołączone wyposażenie

Z LM25 witamy się za sprawą tradycyjnego dla Lioncasta białego pudełka, na którym wypisał wszystkie zalety tego modelu. Nie zabrakło też „okienka” na rzepy, pozwalającego nam na wstępne przymiarki i zobaczenie myszki w rzeczywistości, które skrywa najważniejsze funkcje dołączonego oprogramowania. W środku oprócz samej myszki znajdziemy też niewielkie plastikowe pudełeczko na osiem ciężarków po 2,4 grama każdy.

Najważniejsze cechy Lioncast LM25

  • Sensor optyczny Pixart PMW 3360
  • Czułość na 5 poziomach od 100 do 12000 DPI (przeskoki co 100 jednostek)
  • Waga: 100 gramów bez ciężarków (120 gramów z wszystkimi)
  • Wymiary: 79 x 40 x 126 mm
  • Materiał: matowe tworzywo sztuczne
  • Liczba przycisków: 13+rolka
  • Interfejs: USB za pośrednictwem 200-centymetrowego przewodu w materiałowym oplocie
  • Odświeżanie USB: 125, 250, 500 i 1000 Hz
  • Podświetlenie RGB: rolka i logo na grzbiecie
  • Dedykowane oprogramowanie
  • Gwarancja: 2 lata
  • Cena: 199 zł

Design, materiały i wykonanie Lioncast LM25

LM25 czerpie garściami z wyrobionego już przez Lioncasta stylu, w którym zdecydowanie dominują nie tyle typowe, co może po prostu nader przyjemne kształty. Myszka nie jest przy tym prosta, a obła w wielu kluczowych miejscach, które zapewniają nam możliwie największą wygodę. Jej asymetryczność rzuca się nam oczywiście od razu w oczy, jak i przeznaczenie do praworęcznego użytkownika, ale przy pierwszym kontakcie zdecydowanie zauważymy też okazałe rozmiary. Co tu dużo mówić, LM25 do najmniejszych myszek nie należy i mowa tutaj głównie o jej wysokości, która rzutuje na całą bryłę.

Składa się głównie z pięciu elementów z matowego tworzywa sztucznego, w którym (jak zapewne zauważyliście) główną rolę odgrywa czerń. Sam materiał jest przyjemny w dotyku i nie brudzi się zbytnio, a jego monotonię przerywa ogumowany scroll oraz naprawdę wiele przycisków dodatkowych, które zostały wykonane z plastiku typu „glossy”. Innymi słowy, połyskującego.

Oba panele boczne wyżłobiono tak, aby LM25 w możliwie najlepszym stopniu dopasowywał się do naszej dłoni, a ta nie wadziła o szereg dodatkowych przycisków. Te zgromadzono głównie na lewym boku i centralnym punkcie modelu. Z ciekawych dodatków należy wyszczególnić cztery diody z przodu na lewym panelu bocznym, które sygnalizują nam poziom wybranego DPI. Niestety świecą się wyłącznie na czerwono i nie można ich dezaktywować, choć wystarczy wybrać „pierwszy” poziom, aby nie świeciła się żadna z nich.

Na spodzie prócz tradycyjnych trzech dobrych ślizgaczy znalazł się sensor oraz dwa nietypowe dodatki. Mowa o jednym przycisku do zmiany profili i niewielkim okręgu, którego można “odkręcić”. To w nim dorzucamy osiem ciężarków w specjalne gumowe luki. Całość dopełnia dosyć cienki i elastyczny przewód USB w materiałowym oplocie, który z łatwością układa się w mouse bungee.

Ergonomiczność Lioncast LM25

LM25 zdecydowanie trzeba używać z ułożeniem palcy w formacji 1+2+2, korzystając jednocześnie z chwytu typu claw. Tak przynajmniej ja bym ją ocenił, ponieważ jej szerokość na skrzydełkach sprawia, że palm-grip traci nieco na „klikaniu” głównych przycisków. Zaskoczyły mnie również świetnej jakości ślizgacze, dzięki którym mysz sunie, jak po lodzie, choć te nie są aż tak dopracowane i nie mają np. zaokrąglonych krawędzi. Nie trapi je jednak uczucie początkowego przyklejenia się do powierzchni, więc minus za to nie leci.

Niestety rozczarowałem się, kiedy wyczułem, że najlepsze wyważenie uzyskujemy tak naprawdę bez żadnych odważników. Wtedy mysz sprawia też wrażenie bardzo lekkiej przez jej wielkość, ale tak naprawdę to kwestia subiektywna, więc jeśli w LM25 się wyposażycie, to zdecydowanie poświęćcie chwilę na znalezienie swojej idealnej wagi. Osiem ciężarków po 2,4 gramów z pewnością Wam na to pozwoli.

Test przycisków Lioncast LM25

Nie wiemy, co tam drzemie pod przyciskami LM25, ale sam wiem jedno – źle nie jest. Ba, jest nawet bardzo dobrze, bo skrzydełka LPM i PPM są solidnie osadzone na przełącznikach, które cechuje krótka droga pracy (praktycznie 0-1) oraz wysoka responsywność, ale wielkość skrzydełek sprawia, że te bez chwytu typu “claw” tracą nieco na dynamice.

Rolka jest z kolei możliwie najlepiej działająca, jeśli mowa o tradycyjne rozwiązania. Przy scrollowaniu czuć ewidentny opór oraz przeskoki z zapadki na zapadkę, a na dodatek z mechanizmu wydobywa się ten charakterystyczny szczęk, więc wszystko działa tak, jak powinno.

Cały zestaw przycisków bocznych oceniam po prostu dobrze. Tych jest cała masa i choć nie wszystkie działają identycznie, to nie zacinają się, są odpowiednio responsywne i proste w użyciu.

Oprogramowanie Lioncast LM25

Trudno nie nazwać go standardowym i najprostszym, ale przynajmniej oferuje to, co najważniejsze, czyli szereg ustawień powiązanych z sensorem. Prócz tych tradycyjnych zdecydowanie należy wyróżnić możliwość przypisania funkcji do każdego z siedmiu przycisków w połączeniu z klawiszem shift, dostosowania parametru LOD (niski, wysoki), czy aktywacji angle-snappingu, czyli wygładzania w pionie i poziomie.

Całość dopełnia pięć profili, pięć poziomów DPI od 100 do 12000 jednostek z przeskokami co 100, więc trudno się do czegoś doczepić. Resztę nowinek w aplikacji uzupełniają ustawienia podświetlenia oraz kreator makr.

Podświetlenie

Pod tym kątem LM25 wypada przeciętnie i dobrze zarazem. Można by rzec, że do kwestii RGB podchodzi z utrzymaniem dobrego smaku, bo całe podświetlenie jest subtelnie zaznaczone na rolce i logotypie, o które dbają świetne diody. My mamy oczywiście do dyspozycji cały zakres RGB z możliwością dostosowania jasności, prędkości efektu oraz samego efektu. Mowa o stałym, oddychania, migotania i trybie bez podświetlenia.

Test sensora

PMW 3360 to klasa sama w sobie i tak też wypada w LM25. Całą mysz cechuje tradycyjne zachowanie odświeżania przy 1000 Hz (nie idealnie stałe, ale i tak niewyczuwalne przy widocznych przeskokach):

Enotus wykazał fenomenalne prędkości maksymalne i dobre odwzorowanie czułości, choć twierdzi, że smoothing w LM25 jest nieprzyzwoity. W praktyce jednak trudno wyczuć problemy związane z tym zjawiskiem.

Po stronie czułego oprogramowania zdecydowanie LM25 nie jest najprecyzyjniejszy w swoim działaniu, ale jedynie dla aplikacji. Ludzie oko i “dłoń” takich niewielkich wahań nie odczuje.

Finalnie interpolacja i szumy wysokiej częstotliwości (najgorsze z negatywnych zjawisk przy sensorach) nie pojawiają się na niskich czułościach, ale po przekroczeniu 4000 DPI wspomniane szumy już się zaczynają wkradać. Interpolacji oprogramowanie nie wykazało.

Na sam koniec tradycyjnie, a więc sprawdzian LODu. Przy programowym ustawieniu go na niski wynosił 1,6 milimetrów, co jest wynikiem po prostu dobrym. Subiektywnie z kolei oceniając LM25 pod kątem precyzji trudno nie przyznać, że sprawdza się świetnie, ale w tej cenie i w czasach, w którym dobre czujniki są tanie, nie ma w tym nic dziwnego.

Podsumowanie

Pytanie więc, czy LM25 jest wart 200 złotych? Tyle bowiem przyjdzie nam za niego zapłacić, choć wydaje mi się, że jest to spowodowane niską dostępnością, bo dopiero co wtacza się na nasz rodzimy rynek. W tym modelu dostajemy zdecydowanie bardzo dobre wykonanie, sporą bryłę, którą niektórzy z Was mogą ubóstwiać oraz wysokie zaawansowanie pod kątem ilości przycisków. Jeśli tylko potrzebujecie, to czemu nie? Tym bowiem LM25 ma zawojować rynek, a ja chętnie jej w tym pomogę, wystawiając zasłużony znaczek: