Łatka Mass Effect Legendary Edition na premierę i co z tego? Poczekam, aż gra będzie za darmo

Łatka Mass Effect Legendary Edition

Mass Effect Legendary Edition zadebiutuje 14 maja. Gra otrzyma w dniu swojej premiery aktualizację 1.01. Ale może warto poczekać na inne łatki?

Serwer prawdę Ci powie

Analiza serwerów PlayStation potrafi przynieść wiele ciekawych informacji na temat nadchodzących gier. W ten właśnie sposób dowiedzieliśmy się o istnieniu Star Wars Squadrons na miesiące przed oficjalnym ogłoszeniem gry. Gracze analizują też np. serwery Epic Games. Tutaj sytuacja jest jeszcze prostsza, ponieważ powstają już nawet dedykowane temu narzędzia. Fani od dawna śledzą np. co CD Projekt RED wrzuca do sklepu Epica, dzięki czemu wiemy o istnieniu takich nadchodzących DLC do Cyberpunk 2077 jak:

  • Ripperdocs Expansion
  • Body Shops Expansion
  • Fashion Forward Expansion
  • Gangs of Night CIty
  • Body of Chrome
  • Rides of the Dark Future
  • The Relic
  • Neck Deep
  • Night City Expansion

Łatka Mass Effect Legendary Edition

Tym razem jednak przeanalizowano serwery Sony i co na nich odkryto? Czeka już na nich aktualizacja 1.01, która zainstaluje się każdemu posiadaczowi fizycznej wersji gry, która wytłoczona została przed premierą łatki. Co wprowadzi patch 1.01 do Mass Effect Legendary Edition? Odnaleziono opis i wiemy już, że będzie to:

  • poprawiona wydajność
  • poprawiona stabilność
  • drobne poprawki błędów
  • usprawniony Ambient Occlusion (jest to technika cieniowania)
  • poprawione oświetlenie od strony wizualnej oraz pod względem wydajności
  • drobne zmiany w zawartości gry

Ej! Przecież jest EA Play!

Wygląda na to, że warto będzie poczekać, aż patch się ściągnie, zanim 14 maja przystąpimy do zabawy. A może… nie warto gry kupować? Przeglądając listę premier na maj, uświadomiłem sobie, że wielu z gier, które wychodzą, nie opłaca się po prostu kupować na premierę. Dlaczego nie zamierzam zatem rzucać się na Mass Effect Legendary Edition? Przypomniałem sobie po prostu, że istnieje abonament EA Play, do którego po czasie trafiają wszystkie nowe gry tego wydawcy. Co najlepsze – czasem nawet nie trzeba czekać roku, aby produkcja znalazła się w tamtejszej ofercie. Nie przywiązuje się do pudełkowych wydań, a do tego nie muszę mieć cyfrowych wersji na własność. Mogę w takim razie zaczekać sobie kilka miesięcy, a gra stanie się pewnie jeszcze lepsza dzięki kolejnym aktualizacjom. Ktoś może powiedzieć: „Kup pudełko, przejdź i sprzedaj, też wyjdzie tanio”. No tak, ale wtedy nie zagram z aktualizacjami, a w przypadku abonamentu nie wydam fortuny i jeszcze dostane lepszy produkt.

Czytaj też: State of Play (prawie) pokazało jak powinny wyglądać konferencje growe

Spytałem kilku znajomych, kiedy zamierzają ograć Mass Effect Legendary Edition? Wszyscy stwierdzili, że zaczekają spokojnie do premiery w EA Play. No… właśnie! Abonamenty już teraz zmieniły nawyki dotyczące kupowania gier. Są osoby, które nie muszą ogrywać tytułów na premierę i wolą zaczekać na to, aż produkcja trafi do abonamentu. Oby wydawcy mieli to wszystko wykalkulowane, bo jak wszyscy zaczniemy przechodzić gry płacąc 14,99 miesięcznie to albo padnie abonament albo wydawca.

Cierpliwość popłaca?

Wspominałem, że innych premier maja również nie zamierzam ruszać. Dlaczego? Bo to się w wielu przypadkach po prostu nie opłaca. Grą maja, która mnie jeszcze interesuje jest Resident Evil Village. Nie ma sensu kupować produkcji na premierę, bo po krótkiej analizie wyszło mi, że Resident Evil 7 Biohazard po niemal roku od premiery otrzymał dwa fabularne dodatki, a cena gry w momencie ich premiery wynosiła już 50 procent premierowej. To ja już wolę kupić grę taniej za rok i przejść od razu z dodatkami. W tym miesiącu wychodzi również pierwsze rozszerzenie do Assassin’s Creed Valhalla – Gniew druidów. Mimo tego, że jestem ogromnym fanem serii – kupiłem Valhalle dopiero niedawno. Dlaczego? Bo wiedziałem, że tytuł mi się spodoba i na pewno warto kupić go od razu w wersji Gold z przepustką sezonową. Na premierę zapłaciłbym za nią 360 złotych (w wersji pudełkowej). Grę w wersji Gold kupiłem jednak przed premierą DLC za 209 złotych. Zdążyłem już przejść spatchowaną podstawkę, zaraz zagram w dodatek, a tymczasem Ci, co kupili na premierę, wydali 150 złotych więcej i mieli więcej bugów. Do tego dalej czekają na dodatek.

Czytaj też: Sprzedaż gier w marcu to dowód na sezon koronawirusowy

Tutaj przechodzimy do kolejnej kwestii – czy naprawdę wszystko musimy przechodzić na premierę? Wiele argumentów pokazuje, że w przypadku niektórych gier nie ma to najmniejszego sensu. Graczami steruje trochę marketing i chęć poczucia tej „magii” towarzyszącej grania w to samo co inni i dzielenia się wrażeniami na bieżąco. Tylko że gry to nie książki czy filmy, które w większości przypadków nie dostają swoich poprawionych wersji (jak ktoś mi teraz wyskoczy ze Snyder Cutem, to przypominam o 4:3). Współczesne gry otrzymują dodatki, łatki, a ich cena bardzo szybko spada. Może zatem warto się czasem wstrzymać?

Ciemna strona taniego kupowania gier

Oczywiście nie narzucam nikomu robienia z pieniędzmi, co chce. Każdy podejmuje sobie własną decyzję, a ja przedstawiam tylko swój pogląd na ten temat. Równie dobrze możecie wydać 1000 złotych na edycję kolekcjonerską, w której nie ma gry i nic mi do tego. W takim zachowaniu też jest coś… szlachetnego? W tym momencie nie sposób nie przytoczyć niedawnych słów byłego dewelopera Days Gone, który stwierdził, że „jeśli kochasz grę, to kup ją za j*baną pełną kwotę.” Dobra, już nie będę narzekał, że nie dostanę Days Gone 2.

Chcesz być na bieżąco z WhatNext? Obserwuj nas w Google News