WRÓĆ DO STRONY
GŁÓWNEJ

Razer Wildcat to nie jest zwykły pad. To jest czołg!

Razer Wildcat to nie jest zwykły pad. To jest czołg!

Razer Wildcat jest ze mną już dwa lata. Przede ten czas przeżył zdecydowanie zbyt wiele, ale… przeżył, nadal działa jak złoto i nie mam zamiaru go wymieniać.

Pad, którego nie planowałem

Razer Wildcat

Po tym jak w 2018 roku standardowy pad od Xboxa 360 wyzionął ducha, ze względu na brak wolnych środków kupiłem… cokolwiek. Tym czymkolwiek był Thurstmaster GP XID, który kosztował mnie niecałe 100 zł. W zasadzie działa do dzisiaj, ale zdecydowanie nie można nazwać go wygodnym. Szczególnie, ze względu na bardzo oporne triggery.

Dziewczyna, chcą zrobić mi prezent na Święta, poradziła się kolegów z pracy w temacie tego co kupić. Wymyśliła nowy pad, a dobrzy koledzy idąc po najprostszej linii oporu polecili jej sprzęt najdroższy z dostępnych – Razer Wildcat. Tak w moje ręce trafiło prawdziwe cudo.

Czytaj też: Mody do Cyberpunk 2077 pomogły mi skończyć grę

Czym Razer Wildcat różni się od pada Xboxa 360?

Razer Wildcat

Nieco bardziej masywny, z dodatkowym rzędem przycisków w dolnej części, opcją blokady skoku triggerów oraz czterema dodatkowymi przyciskami z tyłu obudowy. Taki jest Razer Wildcat. Jego konstrukcja mocno przypomina Xboxa Elite Series. Tylko za pół ceny.

Razer Wildcat

Wildcat nie jest idealny. Przeszkadzają mi w nim właśnie te dodatkowe przyciski, które chyboczą się na boki, co w połączeniu z bardzo silnymi wibracjami dosyć mocno hałasuje. Ale to w zasadzie jedyna jego wada.

Czytaj też: Recenzja Sony Pulse 3D. Bezprzewodowe słuchawki do PlayStation 5

Razer Wildcat

Poza tym Wildcat to same zalety. Świetnie leży w dłoniach. Spusty i gałki analogowe poruszają się perfekcyjnie płynnie i precyzyjnie. Ciekawostką są przyciski AB XY, które są mechaniczne. Mamy tutaj, tak w uproszczeniu, przełączniki podobne do tych z klawiatur. Wydają charakterystyczne kliknięcie, a przy tym są szalenie dynamiczne i chyba nie znajdziecie drugiego pada z tak niskim skokiem przycisków.

Razer Wildcat przeżył piekło. I dalej działa

Razer Wildcat

Pad nie miał łatwego życia. Najpierw został zalany piwem. Zupełnie przypadkiem trąciłem butelkę stojącą na półce pod stołem, a całość wylała się prosto na pada. Było ciemno i byłem przekonany, że butelka jest pusta. O tym, że tak nie było dowiedziałem się dopiero rano. Pada udało się uratować po kąpieli w wanience ultradźwiękowej. Częściowo… O ile wszystko wróciło do prawidłowego działania pod kątem elektronicznym, tak piwo ma to do siebie, że bardzo skutecznie skleja przyciski. Konieczne więc było ponowne rozebranie pada i dokładne przemycie wszystkich przycisków. Piwo było ciemne, gęste, więc czynność trzeba było powtórzyć bodajże 3 lub 4 razy.

Czytaj też: [Wideo] Sony PlayStation 5 recenzja wstępna po kilku dniach użytkowania

Razer Wildcat

Podczas jednego z czyszczeń ułamał się mały, plastikowy element. trzymający lewy spust/ Spusty w tym padzie mają unikatową konstrukcję. Ich działanie jest oparte na bolcu włożonym do okrągłej rynienki, a nad odpowiednim naciskiem czuwa sprężynka. Wciskając triggera bolec obraca się w rynience. Ułamała się połowa tej rynienki w przekroju poziomym. Spust nadal działał, z tym że jego mocowanie nie opierało się już na okrągłej rynience, a leżało na jej połowie. Co nie przeszkadza w normalnym działaniu. Ale wystarczy delikatnie przesunąć spust w go w bok żeby wypadł ze swojego miejsca. Powoduje to również najmniejszy upadek. A jak na złość chyba żadna inna rzecz nie upadała mi więcej razy, niż Razer Wildcat przez ostatnie dwa lata…

Razer Wildcat

Nie mam pojęcia ile razy go rozbierałem, aż kilka tygodni temu przypadkiem urwałem w środku kabelek od jednego z przycisków. Po przylutowaniu i ponownym ułożeniu spustu na miejscu – działa jak złoto.

Razer Wildcat

Do tego wszystkiego trzeba też doliczyć gałki analogowe, które padły ofiarą kotka. Z pomocą przyszły nakładki, które były obecne w zestawie.

Czytaj też: Test ładowarki Choetech PD 100W Dual USB-C Fast Charger

Ubóstwiam tego pada! Wymieniłbym go, ale ciężko o konkurencję

Razer Wildcat

Nie jest to tekst sponsorowany przez nikogo. Chciałem nim pokazać, jak dużo potrafi wytrzymać pad z wyższej półki oraz że warto czasem zapłacić za taki sprzęt nieco większe pieniądze. Bo potrafi on zapewnić nie setki, a grube tysiące godzin grania w gry. Bardzo wygodnego grania. Nawet po tych wszystkich przejściach, działanie gałek analogowych i triggerów w stosunku do nowości oceniłbym na 9/10. Ten sprzęt zdecydowanie zasługiwał na opisanie go.

Czytaj też: Test Huawei FreeBuds Studio. Brakujące ogniwo oferty

Nie raz chodziła mi po głowie wymiana pada na coś w lepszej kondycji, ale pomysł zawsze ostatecznie porzucałem. Nie widzę sensu kupowania nowego pada od Xboxa, bo w podstawowej wersji nie zapewni mi wyższego komfortu rozgrywki. Najchętniej wymieniłbym Wildcata na… kolejnego Razera. Tylko raz używałem wygodniejszego pada i był nim Razer Raiju Tournament Edition. Ale przy jego cenie, Wildcat musi najpierw całkowicie wyzionąć ducha. Coś mi się wydaje, że to może szybko nie nastąpić.

Chcesz być na bieżąco z WhatNext? Śledź nas w Google News