Conan, Conan, Conan… na szczęście nie jestem fanem tej marki, więc nie ocenię gry Conan Unconquered pod pryzmatem wspomnień, czy oczekiwań. Zdecydowałem się na sięgnięcie po ten tytuł tylko dlatego, że brakowało mi świeżego podejścia do gier RTS, w które mógłbym zagrać z przyjacielem i poniekąd to dostałem. Niestety opakowane w naprawdę słabą otoczkę… ale po kolei.

Czytaj też: Recenzja State of Decay 2

Poczuj się, jak Conan!

Przygodę w Conan Unconquered zaczynamy od przebicia się przez menu i ustawienia rozdzielczości oraz grafiki tak, aby wyciągać przynajmniej te 30 FPS. Nie myślcie sobie, że to łatwe zadanie, bo pomimo niewielkich wymagań Petroglyph (producent) nie poradził się z wyzwaniem optymalizacji i dlatego też musiałem spędzić kilkanaście godzin w towarzystwie 25/30 FPSów po ustawieniu większości ustawień na wysokie w 1440p. Nie miałbym z tym żadnego problemu, gdyby gra nie wyciskała z modelu GTX 1080 Ti 100%, choć ta w ogóle się nie rozgrzewała. Zupełnie, jakby silnik gry nie radził sobie z zarządzaniem zasobami karty graficznej i choć u mnie ten przypadek był skrajny, to na forach znajdziemy wiele podobnych wątków.

Jeśli już zaczniemy swoją przygodę, to będziemy mogli skupić się na tym, czym Conan Unconquered w ogóle jest. Gra wrzuca nas do pierwszej (łatwej) misji z myślą o zatrzymaniu pięciu fal, częstując nas na początek wyjaśnieniem interfejsu. Pozostałe aspekty gry są nam wykładane w formie samouczka, wyskakującego w prawym górnym rogu po spotkaniu czegoś na swojej drodze po raz pierwszy. Po przebiciu się przez tutorial zostajemy sami z Conanem (lub jeden z dwóch innych bohaterów) i niewielką wioską. Ją rozwijamy dosyć standardowo, skupiając się na pozyskiwaniu złota i ludzi (domki), drewna (tartaki), żywności (chaty myśliwskie, a później farmy i plantację). To te trzy podstawowe surowce – później będziemy mogli zadbać o kamień, żelazo, gwiezdną stal i magiczne punkciki do niestworzonych zabaw.

Jednak rozwijanie swojej bazy, to nie jedyne, co musimy robić. Praktycznie zaraz po starcie rozgrywki dobrze jest wysłać głównego bohatera w świat, aby zdobył pierwszy poziom, odblokowując swoją aktywowaną umiejętności i rozkręcił naszą gospodarkę za pomocą skrzyń rozsianych po mapie i poukrywanych w siedliskach strusi, pająków, skorpionów i bandytów. Ta miła gromadka jest stałym elementem każdej mapy, do której dołączają Strażnicy Świątynni, czyli bossowie, którzy po zabiciu (stanowią dosyć spore wyzwanie) rzucą nam jakiś artefakt. Na całe szczęście nie musimy ogarniać wszystkiego w jednym momencie, co ułatwia nam aktywna pauza, mająca jeden główny minus, a mianowicie wprowadza zmiany dopiero po jej zrzuceniu. A więc – spacja, wycofanie jednostek z wieży, spacja, wysłanie je w inne miejsce, spacja i tak w kółko. Oczywiście o ile czas depcze nam po piętach, a uwierzcie mi, że naprawdę to robi, bo fale wrogów nacierają na nas co regularny odstęp czasu.

Kiedy już ogarniemy gospodarkę, to przyjdzie czas na obudowywanie twierdzy murami, które z czasem będziemy mogli ulepszać. Najpierw drewniane, a potem kamienne, które w międzyczasie mogą wzbogacić się o np. koksowniki, zapewniające naszym dystansowym jednostką ogniowe ataki. Nie zabrakło też 4-osobowych wieżyczek, balist, mangoneli, czy pułapek, mogących kupić nam kilka sekund życia przy ataku. Jednak to nasze jednostki są w tym kluczowe. Początkowo musimy zadowolić się latającym z gołą klatą mieczniku i oszczepniczce, aby później zainwestować (po zbadaniu) w pikinierów, łuczników, czy lekką jazdę, uzupełniając na końcu swoje oddziały ciężkimi kawalerzystami, bojowymi łucznikami oraz czarownikami, których nigdy nie mogłem zrobić przez brak potrzebnego materiału.

I to w sumie opis całej rozgrywki w uproszczonym wydaniu. Jeśli więc macie już podgląd na to, co w Conan Unconquered rzeczywiście się robi (porównania do They are Billions mile widziane), to przejdźmy do samej recenzji.

Spodobał Ci się ten artykuł? Podaj dalej!