WRÓĆ DO STRONY
GŁÓWNEJ
Rozrywka

Teatralnie, kolorowo i wariacko – recenzja filmu Ptaki Nocy

Jeśli chodzi o produkcje kinowe to trzeba przyznać, że DC się nie poddaje i nadal eksperymentuje z różnymi konwencjami. Dzięki temu dostajemy filmy różnorodne, choć nie zawsze udane. Czy Ptaki Nocy (i fantastyczna emancypacja pewnej Harley Quinn) zaliczyć można do udanych eksperymentów? Zapraszam do lektury recenzji.

Film rozpoczyna się krótką animacją, za pomocą której narratorka i główna bohaterka Harley zaznajamia nas z historią swojego życia, w tym związku z Jokerem. Do właściwego filmu przechodzimy w chwili zerwania pary i widzimy jak Harley przechodzi przez typowe dla filmów stadia rozpaczy po utraconej miłości. Pociesza się jedzeniem, kupuje hienę Bruce’a, imprezuje i popełnia ogromny błąd. Bo wiecie, bohaterka zdaje sobie sprawę, że dopóki jest dziewczyną Księcia Zbrodni nic jej nie grozi. Ale żeby uwolnić się całkowicie od tej toksycznej relacji trzeba pójść o krok dalej i wszystkim o tym powiedzieć. Czy to właściwe? Halo, to Harley!

Na długiej liście życzących jej śmierci znajduje się główny antagonista filmu Roman Sionis znany również jako Black Mask, w którego wciela się Ewan McGregor. Do tego dodajmy masę poślednich bandziorów. By ratować własną skórę Harley musi odzyskać drogocenny brylant, który znajduje się w rękach młodziutkiej dziewczyny o zręcznych palcach. Nasza bohaterka z jednej strony chce dziewczynie pomóc, ale i ratować siebie, miota się więc co chwilę wpadając w kłopoty. Decyzję pomagają podjąć się inne bohaterki, które los wrzuca w sam środek tej historii. Black Canary, Huntress i niedoceniana policjantka Renee Montoya wraz z Harley będą musiały udowodnić, że kobiety poradzą sobie nawet z hordą krwiożerczych osiłków. I, co trzeba przyznać, naprawdę dają radę!

 Oglądając Ptaki Nocy nie mogłam pozbyć się skojarzeń z Deadpoolem, a elementy wspólne można byłoby długo wymieniać. Począwszy od narracji, którą prowadzi Harley, przez przełamywanie czwartej ściany i niezrównoważenie głównej bohaterki. Jednak wcale mi to nie przeszkadzało. Bardzo lubię Wayde’a Wilsona, a po tym filmie lubię również Harley Quinn w wykonaniu Margot Robbie. Legion Samobójców zmarnował jej potencjał i bardzo się cieszę, że dostała możliwość zabłyśnięcia. I tak, dziewczyny na ekranie błyszczą, a główna bohaterka najbardziej. Po wyjściu z kina byłam zaskoczona, że podobało mi się to tak bardzo. Zwłaszcza, że film jest tak bardzo przesadzony i teatralny jak to tylko możliwe nie zahaczając o kicz. Jest również chaotyczny, co chwilę dostajemy flashbacki, które niektórych mogą zirytować. Mi się jednak podobały, bo dzięki temu historia potrafiła nas zaciekawić, a prosta fabuła skomplikować.

Wady czy zalety?

No właśnie. Jak już wspomniałam króluje tu teatralność. Sama Harley zachowuje się jak w parodii, a Black Mask jest strasznie zmanierowany. Zsasz kreowany jest na stereotypowego psychola sadystę, a Rene Montoya na klasyczną policjantkę, którą każdy ignoruje i lekceważy ze względu na płeć. Ale dla mnie właśnie w tym tkwi największa zaleta tego filmu. Cały czas wiemy, że tę historię opowiada nam Harley, a kto jak kto, ale ona z przesady wręcz słynie. Musi być więc kolorowo, wybuchy fajerwerków i różnobarwnego konfetti. Opowieść miesza się, czasem brakuje w niej ładu i składu, aż można się pogubić. Na szczęście Cathy Yan wybierając taką konwencję zrezygnowała z nadmiernego komplikowania fabuły, dzięki czemu, zaręczam, można połapać się we wszystkim, co dzieje się na ekranie.

Po raz kolejny również dostajemy zupełnie inny obraz Gotham. Niedawno w Jokerze mieliśmy ponure, zasypane śmieciami miasto, które wrzało od zamieszek. Gotham City z opowieści Harley to miejsce równie kolorowe, głośne i szalone co ona. To miła odmiana od tak typowego dla DC wszechobecnego mroku. Birds of Prey kipi energią i kobiecą siłą, z którą ciężko wygrać. Różnorodność odbija się również w obecności na ekranie postaci homoseksualnych. Ja wiem, że to drażliwy temat. Jedni krzyczą jak są, inni kiedy ich nie ma. Nikomu nie dogodzimy, ale trzeba przyznać, że w kinie superbohaterskim takie zróżnicowanie jest potrzebne. A Ptaki Nocy w temacie orientacji policjantki Montoyi są tylko zgodne z komiksem. A Zsasz i Sionis? Co ich właściwie łączy? Odkryjcie sami. Otaczające Harley bohaterki może nie wypadają tak idealnie, jakby się tego chciało, ale ich lekko zarysowane historie są wystarczające, by je polubić i im kibicować.

Wisienką na torcie Ptaków Nocy są wyczyny kaskaderskie i sceny walk. Dynamika i bijąca z takich scen energia idealnie wpasowują się w klimat całego filmu, gdzie na wszystko co się dzieje patrzymy z przymrużeniem oka. Jest inaczej, zabawnie i bardzo luźno.

Jednocześnie zalety, które opisałam dla kogoś innego mogą być wadami, bo to właśnie taki rodzaj filmu. Nie każdy lubi taką ilość przesady i szaleństwa, jakie zaoferowały nam Ptaki Nocy. Mi jednak się bardzo podobało i wyszłam z kina uśmiechnięta. Podoba mi się, że DC eksperymentuje i nie boi się iść w zupełnie innym kierunku. Po mrocznych kolesiach z poważnymi minami w końcu nadszedł czas szalonych, silnych kobiet. I oby tak dalej.