WRÓĆ DO STRONY
GŁÓWNEJ
Publicystyka

Dlaczego czasem lepiej obejrzeć film, a potem przeczytać książkę?

Przy okazji premiery serialu W głębi lasu na podstawie książki Harlana Cobena postanowiłam nadrobić powieść. Zrobiłam to jednak przed obejrzeniem i to był błąd. Tak jak błędem jest czytanie książek przed oglądaniem filmów czy seriali na ich postawie. Dlaczego?

Zdecydowana większość filmów czy seriali ekranizujących lub adaptujących powieści jest dużo gorsza od oryginału. Taka jest prawda. Bardzo niewiele produkcji przebija powieści. Niektóre uzupełniają historię o istotne elementy, inne rozwijają bohaterów, a jeszcze inne mają ciekawsze elementy, jednak w ogólnym rozrachunku książki w tym starciu najczęściej wygrywają. Wiele osób, gdy widzi ciekawy zwiastun na podstawie jakiejś powieści sięga po nią, by wiedzieć co go czeka podczas oglądania. Sama często też tak robię, ale już zdecydowanie rzadziej, bo to błąd. Najświeższym przykładem jest właśnie W głębi lasu. Serial Netflixa podobałby mi się zdecydowanie bardziej, gdybym wcześniej nie sięgnęła po książkę Cobena. Literacki pierwowzór miał sporo elementów, których produkcji Netfliksa zabrakło. I doskonale rozumiem większość działań twórców, sporo z nich mi się podobało, ale były też takie odstępstwa, których nie mogłam zrozumieć i tylko się denerwowałam.

Postanowiłam więc zebrać dla Was kilka powodów, dla których, moim zdaniem, lepiej odłożyć czytanie na później. Oczywiście nie zawsze się da, bo są takie książki, które zdążyliśmy przeczytać dawno, a dopiero teraz powstaje ekranizacja. Cóż, tego już nie unikniemy. I uprzedzając, startowałam jako całkowita przeciwniczka takiej kolejności, jednak z czasem doszłam do wniosku, że za dużo tracę nerwów i przyjemności z oglądania, a tak jest dużo przyjemniej. Pamiętajcie tylko, że to moje zdanie, więc każdy z Was może myśleć inaczej.

Czytaj też: Recenzja serialu Co robimy w ukryciu – sezon 2. Poprzeczka była wysoko, ale wampiry potrafią latać

Ale w książce tak nie było!

Przyznajcie się, ile razy zdarzyło się Wam krzyknąć, albo chociaż tak pomyśleć oglądając jakąś ekranizację? Mi się to zdarza bardzo często. Czy to w przypadku po raz enty oglądanego Harry’ego Pottera, czy w przypadku serialowego Wiedźmina lub Gry o Tron. Jest to normalne, bo choć większość z nas zdaje sobie sprawę, że film czy serial nie może być wierny powieści w stu procentach, to i tak pomijanie wielu szczegółów nas denerwuje. Pewnych wątków nie da się przełożyć na język filmowy, niektóre z nich są zbyt zawiłe i prowadzą tylko do większych zawiłości. Normalne. Po obejrzeniu Gry o tron plułam sobie w brodę, że nie poczekałam z czytaniem Pieśni Lodu i Ognia. Wzięłam się za powieści po pierwszym sezonie, gdy tak zachwalano wierność oryginałowi. Potem tylko czułam coraz większą irytację. A z racji, że serial wyprzedził książki i Martin zapewne dojdzie do finału w zupełnie inny sposób cieszę się na fakt, że lektura jeszcze jest przede mną (o ile on to napisze). Pamiętam jedno z moich największych życiowych rozczarować – Opowieści z Ziemiomorza. W cykl Ursuli Le Guin zaczytywałam się od dzieciństwa i gdy po raz pierwszy dane mi było zobaczyć ekranizację to było mi tak przykro, że nie umiem tego wyrazić słowami. Każdy, kto oglądał wie co mam na myśli. I podobne rozczarowania, mniejsze lub większe, przeżywam nadal.

Dlatego właśnie radzę Wam, w miarę możliwości, ich unikać. Zmiany w charakterze bohaterów, braki w historii czy inne rozwiązania fabularne nie będą nas boleć, gdy będą tylko jedyną znaną nam opcją. Potem weźmiemy do ręki książkę i będziemy się nią cieszyć o wiele bardziej. W efekcie przyjemnie spędzimy czas przy filmie/serialu i przy książce. Tyle wygrać! Dobra, wiem, sam w sobie film czy serial też musi być dobry, bo jak będzie gniotem to tak czy tak będziemy się wkurzać. Ale przyjmijmy, że zakładam iż dana adaptacja jest technicznie i scenariuszowo w porządku.

Ten bohater miał inne włosy i powinien być wyższy!

Nadal pamiętam pewnego rodzaju rozczarowanie Hermioną, gdy pierwszy raz obejrzałam Harry’ego Pottera. Albo niesmak, że serialowa Deanerys nie ma fioletowych oczu, a Daniel Radcliffe to trochę za niski na Harry’ego. I wiem, że z pewnością w swoich odczuciach nie jestem sama. Czytając wyrabiamy sobie pewien obraz bohatera i konfrontacja z wybraną przez twórców obsadą często jest bardzo bolesna. Owszem, czasem zdarza się, że trafią w punkt, ale chyba nikt nigdy nie był w stu procentach zadowolony z obsady gdy znał już książkowych bohaterów. Chyba, że mówimy o Władcy Pierścieni.

Niektóre powieści na przestrzeni wielu lat dostały tyle różnych adaptacji, że każdy znajdzie wśród nich coś dla siebie. Są jednak takie, które nakręcono dopiero raz i jak fani książek mają z tym żyć?

Byłabym zdecydowanie lepszym kompanem do oglądania, gdybym nie czytała wcześniej książek.

Liczę, że nie tylko mi zdarza się komentować filmy i seriale podczas ich oglądania. Oczywiście, mam na tyle przyzwoitości, by nie robić tego na produkcjach wymagających ciszy i z osobami, które tego nie znoszą. Jednak nie ważne, jak bardzo ktoś jest tolerancyjny, to ile można słuchać złośliwych komentarzy na temat filmu opartego na książce? I choć może nam się wydawać, że nasza opinia jest merytoryczna, to najzwyczajniej w świecie psujemy innym seans. Ja staram się nad sobą panować, ale kiedy widzi się jakieś totalne bzdury, to ciężko utrzymać język za zębami.

Filmy są często dużo przystępniejsze od książek.

Smutna prawda, ale prawda. Seriale czy filmy mają konstrukcję, która powinna spodobać wielu widzom, nawet tym o innych gustach. Książki są bardziej hermetyczne, w nich trzeba lubić dany gatunek by móc się odnaleźć, styl autora musi nam podpasować, a w końcu język i nawet długość powieści. Wielu z nas odstraszają opasłe tomiszcza, bo nie mamy na nie czasu. Dziesiątki książek chcemy przeczytać, ale doba nie jest z gumy, więc leżą sobie na półce wstydu, bo jesteśmy zbyt uparci, by obejrzeć najpierw film czy serial. Wrzućmy na luz i dajmy sobie odetchnąć. Obejrzyjmy i nawet jak się nie spodoba, to stracimy godzinę – dwie, a w przypadku książki o wiele, wiele więcej. W końcu  raczej nikt nie odkłada zaczętej powieści po pierwszych kilku stronach. Wiem, że taki pogląd może razić mole książkowe, ale dajcie spokój, obejrzyjcie film, pogódźcie się z tym, że nie macie czasu na książkę i żyjcie dalej. Jeszcze wiele przed Wami!

Nie oglądajcie beze mnie, ja jeszcze nie skończyłem książki!

Do kin lub na platformę wchodzi produkcja na podstawie książki. Jako zapalony czytelnik postanawiasz najpierw przeczytać oryginał i dopiero wtedy sięgać po adaptację. I oglądasz najczęściej sam, bo Twoi znajomi zrobili to tydzień wcześniej. Oczywiście, można czytać już na etapie wchodzenia zwiastunów, ale znowu – potrzebny jest czas.

Spoilery, spoilery wszędzie!

Gra o Tron jest tutaj sztandarowym przykładem, bo serial przegonił książki. Co by było, gdybyśmy czekali, aż Martin najpierw napisze całość i dopiero po przeczytaniu wzięli się za serię HBO? Bądźmy szczerzy, nie da się w dzisiejszych czasach uniknąć spoilerów, no chyba że żyjecie w piwnicy, bez dostępu do internetu i technologii. Ale w takim przypadku, jak chcecie obejrzeć serial? Pamiętamy jak po premierze Avengers: Endgame spoilery można było znaleźć nawet w ogłoszeniach na olx. Po co się na to narażać?

I tak wiemy, że książki są lepsze.

Pomijam kilka wyjątków, ale w ogólnym rozrachunku to prawda – książki są lepsze, tak jak woda mokra a ogień gorący. Z tym się nikt nie kłóci. Dlatego uważam, że właśnie lepiej, w miarę możliwości, zostawić ją sobie na później. Po co denerwować się i rozczarowywać filmem, skoro można sobie tego oszczędzić a jednocześnie utwierdzić się w przekonaniu o wyższości literatury? Zacznijmy na spokojnie od dołu i idźmy wyżej, to prosty sposób by się nie zawieść. Odwrotnie to wiecie, upadek boli, a im wyższą poprzeczkę stawiają książki, tym boli bardziej.

Chcesz być na bieżąco z WhatNext? Śledź nas w Google News