WRÓĆ DO STRONY
GŁÓWNEJ
Publicystyka

Okiem testera: klawiatury są nudne!

Przez moje ręce przewaliła się masa różnych modeli klawiatur, a ja z czasem zacząłem się zastanawiać, czy aby nie dotarliśmy do kresu ich rozwoju. 

„Okiem testera” będzie niewielkim zestawem kilku felietonów, w których to będę opisywał moją przygodę w testowaniu peryferiów komputerowych i odpowiadał na pytanie, czy aby producenci nie popali w sen zimowy. Na pierwszy ogień – klawiatury.

Klawiatury!

Każdy zna, każdy ma i zapewne każdy też korzystał. Komputerowe klawiatury zapewne pamiętacie jeszcze z czasów albo zupełnie czarnych, albo białych cegieł w szkole, które miały się nijak pod kątem designu do tego, co dziś wybieramy. Funkcja jednak pozostała i sprowadza się do jednego – pisania oraz grania… więc czy jest sens wydawać na model kilkaset złotych, kiedy można zgarnąć klawiaturę już za dwie dyszki?

Wbrew pozorom, klawiatura klawiaturze nie jest równa i obecnie wyróżniamy dwa główne typy – mechaniczne oraz membranowe. W teorii (kolejno) droższe i tańsze, choć w ostatnich latach te pierwsze staniały na tyle, że momentami są tańsze od tych drugich, które jednak w takich porównaniach nadrabiają w wielu przypadkach dodatkowymi funkcjami. Z oczywistych jednak względów skupię się na „mechanikach”.

Standardem stało się już podświetlenie… i w sumie tyle, jeśli mowa o dwóch najważniejszych cechach obecnych klawiatur. Mają się świecić i dobrze klikać. Szkoda tylko, że producenci naprawdę tak myślą, a w moje testerskie serduszko wkrada się nuda.  

Za każdym razem, kiedy podchodzę do testu jakiejkolwiek klawiatury wybieram prostą procedurę. Najpierw oceniam to, czy firma nie dała ciała już przy samym pudełku i czy postarała się z dodatkowym wyposażeniem. Potem przechodzę designu, zastosowanych materiałów i wykonania, aby następnie zagłębić się w funkcje oraz oprogramowanie i przyjrzeć się podświetleniu.

Finalnie oceniam działanie przełączników… i tyle z testowania, bo trzeba przejść do podsumowania. Jeśli cena jest uzasadniona, klawiatura nie posiada wielkich wad, a jedynie małe niedociągnięcia (albo jest perfekcyjna) – leci polecenie. Zdarzają się jednak wyjątkowe modele (często z topowej półki), które wymagają zupełnie innego podejścia, jako że oferują niespotykane często dodatki i rozwiązania. Czy to wiatraczek w klawiaturze, topowe wykonanie, czy możliwość wymiany przełączników.

Zmęczenie materiału, czy droga na łatwiznę?

Ostatnio zacząłem zastanawiać się, dlaczego podczas coraz to kolejnych testów klawiatur, wywołuje się u mnie typowy efekt „gdzieś już to widziałem”. Odpowiedź na to pytanie jest prosta. Okazuje się bowiem, że po prostu gdzieś już to widziałem.

Gdzie dokładnie? Po prostu w większości wcześniej testowanych klawiatur, które zwyczajnie przestały mnie zaskakiwać. W moich oczach znakomita większość modeli, to typowe kopiuj-wklej, dlatego tak zawsze dziwie się, dlaczego wybór konkretnej klawiatury jest dla wielu tak ważny. Uwierzcie mi na słowo – to praktycznie wszystko jedno!

Te same przełączniki firm Outemu, Kailh, czy Cherry MX ustępują tylko czasem wyjątkom pokroju autorskich rozwiązań Razera, Logitecha, czy Roccata. O samych podstawach, czyli bryłach nie ma co się rozpisywać – im prostsze i twardsze, tym lepiej. Trudno też natknąć się teraz na modele, które wyginają się pod naciskiem dłoni. Podobnie sprawa się ma z keycapami, czyli nakładkami na przełączniki.

Te zwykle po prostu powtarzają krój najpopularniejszych czcionek, choć nie powiem – zdarzają się wyjątki. Zwykle ciesze się jednak już wtedy, kiedy są po prostu czytelne i dokładne. Zwłaszcza kiedy w grę wchodzą stosunkowo tanie propozycje.

W większości przypadków nie jest to problemem, ponieważ klawisze są produkowane na podstawie rozwiązania dual-injection, które gwarantuje trwałość czcionki, a stosowany do nich materiał jest szeroko rozpoznawalnym tworzywem sztucznym. Jeśli jednak o sam materiał (a raczej wykończenie) chodzi – producenci muszą zdecydowanie nadgonić rozwiązania HyperX, czy Logitecha. W podlinkowanych testach klawisze są po prostu świetne!

Innym ważnym elementem jest podświetlenie. Jeśli diody świecą jasno, rozświetlają całą czcionkę – jest dobrze. Jeśli posiadają przynajmniej bardzo dobre odwzorowanie barw – wspaniale, a jeśli dodatkowo zarządza nimi dobry system z ciekawymi efektami, to jestem kupiony. Nawet jeśli osobiście stawiam na stały kolor żółty, to zarzucenie od czasu do czasu efektem rozświetlającym całe stanowisko w barwach tęczy, jest po prostu fajne.

Wagę przywiązuje również do samej trwałości klawiatury i podatności na zarysowania, którą gwarantują górne pokrywy z metalu lub aluminium. Resztę dopełniają już szczegóły – dobrze opleciony przewód USB, zestaw porządnych podkładek antypoślizgowych oraz para „nóżek” do zwiększenia kąta nachylenia.

Szczerze? W tych kwestiach danie ciała jest cholernie trudne, a z ciekawostek podrzucę Wam stosowane ostatnio rozwiązanie podwójnych nóżek. Dzięki temu możemy dobrać sobie nie dwa, a trzy poziomy nachylenia, przy czym stabilność jest ciągle zachowana. Do tej pory dojrzałem to w modelu HyperX Alloy Origins i Logitech Pro. Fajnym dodatkiem są też kanaliki do odprowadzania przewodu, czy dodatkowe porty na klawiaturze.

Ze względu na to zawsze polecam swoim znajomym oraz Wam, naszym drogim czytelnikom, żebyście po pierwsze ustalili to, czego wymagacie od klawiatury, a po drugie określili budżet, jaki chcecie na nią przeznaczyć. I spokojnie – już do 200 złotych można zgarnąć solidne modele klawiatur mechanicznych.

Moja klawiatura, czyli na czym powstają te wypociny

Na sam koniec chciałem podrzucić Wam kilka propozycji najciekawszych modeli w konkretnych cenach, ale jednak nie chciałem robić z tego artykułu jakiegoś rankingu. Dlatego właśnie chcę przybliżyć Wam moją ulubioną klawiaturę, która nie zasiliła redakcyjnych zasobów, bo po teście została ze mną na dłużej.

Po kilkudziesięciu przetestowanych modelach trafiłem na swój tani ideał – klawiaturę mechaniczną Gamdias Hermes E2. W moich oczach był to swoisty czarny koń wśród wszystkich modeli, jakie było dane mi testować i nawet te za 400 złotych (i wyżej) nie były w stanie mi go zastąpić. Wiadomo, przyzwyczajenie, ale też jasne sprecyzowanie wymagań.

Hermes E2 nie ma żadnego oprogramowania, zaawansowanych funkcji, czy nawet rozbudowanego podświetlenia (po więcej zapraszam do testu), ale ma dwie najważniejsze cechy – jest cholernie mały nawet jak na format TKL i oferuje przełączniki mechaniczne Gatreon Blue. Osobiście moje ulubione wersje Blue, które sprawiają wrażenie agresywniejszych w porównaniu do konkurencji.

Dodatkowo posiada metalową pokrywę górną, solidne nóżki i przewód, a wisienką na torcie jest jego minimalistyczny design. Osobiście nie potrzeba mi niczego więcej… no może oprócz podkładki pod nadgarstki, żeby ulżyć nieco rękom w kilkugodzinnych maratonach pisania.

Czego oczekuje od producentów klawiatur?

Zdecydowanie najważniejszym jest dla mnie dobre wycenienie klawiatury pod kątem tego, co oferuje. Zwykle jednak nie ma z tym problemu, bo rozpoznam model za 100, 200 i 400+ złotych z zamkniętymi oczami, ale tylko dlatego, że większość producentów idzie utartymi schematami.

Szkoda, chciałoby się po prostu potestować nowe rozwiązania, ciekawe dodatki (nie zaliczam do nich dodatkowych klawiszy, czy np. pokrętła do ustawiania dźwięku systemowego), a przede wszystkim zobaczyć coś… nowego. Coś, na co żaden producent nie ma odwagi albo pomysłu. Tak naprawdę nie mam im tego za złe – nikt nie chce przecież ryzykować projektu i produkcji modelu, który się nie sprzeda.

A Wy jak podchodzicie do wyboru klawiatury? Zastanawiacie się godzinami, czy wyznajecie zasadę „ma działać, świecić i wytrzymać długo”.